Reportaż z niebezpiecznej podroży po najbardziej kamienistych kingowskich zaułkach. „Potwory z archiwum. Mój rok grozy ze Stephenem Kingiem” to z jednej strony naukowa analiza procesu twórczego, a z drugiej hołd oddany jednemu z ulubionych autorów.
Tekst: Sylwia Skorstad

Caroline Bicks była jak dotąd, przynajmniej w środowisku uniwersyteckim, „panią od Szekspira”. Studiowała poezję renesansową na Harvardzie, a doktorat z literatury angielskiej obroniła na Uniwersytecie Stanforda. Napisała kilka poważnych i kilka niepoważnych prac na temat najbardziej znanego angielskiego poety i dramaturga. Jako wykładowczyni znana jest z tego, że zaprasza na zajęcia niezwykłych gości. Jako publicystka z tego, że lubi sobie stroić sobie żarty, na przykład zastanawiając się, czego mogłyby zażyczyć sobie od Świętego Mikołaja postacie z szekspirowskich dramatów. Jest jedną z tych profesorek, którzy stawiają sobie za punkt honoru, by mówić zajmująco i zrozumiale. Od kilku lat piastuje stanowisko szefowej Katedry Literatury im. Stephena Kinga na Uniwersytecie Maine. Prowadzi tam zajęcia poświęcone Szekspirowi oraz… literaturze grozy.
Teraz, przynajmniej w środowisku miłośników literatury grozy, stanie się „panią od Kinga”. Dzielnie zmierzyła się z tajnikami jego prozy, chociaż łatwo nie było. A to dlatego, że momentami opowieści tego autora są zbyt przerażające nawet dla niego samego.
Dlaczego to takie straszne?
Na pomysł napisania „Potworów z archiwum” Caroline Bicks wpadła jako szefowa katedry im. Stephena Kinga. Nazwa zobowiązuje. Najpierw zaprosiła pisarza na zajęcia ze studentami, a potem, gdy okazał się przystępnym i sympatycznym człowiekiem, poprosiła o możliwość przeanalizowania jego prozy od podszewki. Uzyskała zgodę dostępu do prywatnego archiwum, w którym przechowuje on rękopisy i kolejne wersje swoich powieści. Śledząc zmiany, jakie wprowadzał do takich klasyków jak „Lśnienie”, „Carrie”, „Cmętarz Zwieżąt”, „Miasteczko Salem” i „Nocna zmiana” chciała odgadnąć jego sekrety. Co on w ogóle z nami wyprawia i jak on to nam, Wiernym Czytelnikom, robi? Co zrobił jej, kiedy jako nastolatka odkryła jego powieści? Opowiadając o swoich podróżach do miejsc opisywanych przez Kinga oraz do jego archiwum, Bicks przyznaje, że to wycieczka bardzo osobista: „Czytając pierwsze wersje scen i opisów potworów, które przerażały mnie w dzieciństwie, oraz śledząc proces ich konstruowania, chciałam zrozumieć, jak i dlaczego tak mi weszły do głowy – i może rozluźnić chwyt, którym mnie nadal trzymały.”
Zamiast rozluźnić chwyt szefowa Katedry Literatury im. Stephena Kinga na Uniwersytecie Maine ponownie wpędziła się w kolejną traumę. Ślęcząc nad odręcznymi i maszynowymi zapiskami swojego ulubionego autora powieści grozy, czasem miewała wrażenie, że traci zdrowe zmysły. Na przykład zdała sobie sprawę, że codziennie jeździ tymi samymi drogami, co bohater „Cmętarza Zwieżąt”. Przeczytała te sceny z powieści, które autor sam odrzucił w procesie redakcji jako zbyt koszmarne i przeraziła się na nowo. Gdy w archiwum coś głośniej stuknęło albo gdy zatrzasnęły się drzwi, włosy stawały jej dęba. Bo z dobrze napisanymi historiami nie ma żartów.

Oda do właściwego słowa
„Potwory z archiwum. Mój rok grozy ze Stephenem Kingiem” to książka o mocy i pięknie słowa. Bicks udowadnia, że właściwie dobrane słowa trafiają czytelnika prosto w serce. Przytaczając pisane na marginesach maszynopisów rozmówki Kinga z redaktorami oraz sobą samym, pokazuje, jak dużą różnicę robi to, że bohaterka „krzy-krzy-krzy-czy” a nie „k-k-krzyczy” a kości palców klikotają, a nie klekotają. Wyjaśnia, czemu bardziej przejmuje nas okrzyk małego Gage’a: „Tawiec leci, tato!” niż proponowany przez korektora „Latawiec leci!”
Bicks twierdzi, że King idealnie panuje nad tekstem. Za pomocą słów tworzy narzędzie zdolne do otwarcia puszki Pandory, jaką czytelnik ma schowaną w sobie. Dociera do lęków, z których istnienia nie zdawaliśmy sobie sprawy. Każdy z nas zamyka drzwi przed myślami o tym, co by było, gdy osiemnastokołowa ciężarówka potrąciła dwulatka. Nie wpuszczamy tych myśli i kropka. A King tak. Czasem robi to na tyle dobrze, że aż sam decyduje się wycofać. Nie chce być zbyt drastyczny. Nie ma zamiaru wyrządzić nikomu krzywdy. Wierzy, że ludzie mają z natury dobre serce. Nie należy ich zanadto straszyć bez wyraźnej, literackiej potrzeby.
Książka Caroline Bicks może się spodobać nie tylko miłośnikom książek Stephena Kinga. Zainteresować może każdego, kogo ciekawi proces pisania. Jeśli zastanawiasz się, jak się tworzy światowy bestseller, ta analiza może ci pomóc. Może też rozwiać złudzenia o pisarskiej karierze, bo dowodzi, że dobre pisanie wymaga znajomości literatury (nie zaszkodzi poczytać dzieła Szekspira!), bardzo dużej wiedzy, talentu, emocjonalnego wyczucia oraz czasu.
Caroline Bicks, „Potwory z archiwum. Mój rok grozy ze Stephenem Kingiem”, Wydawnictwo Prószyński i S-ka