Zaskakujący i wciągający kryminał prawniczy z wieloma zwrotami akcji. „Wdowa” to jedna z najlepszych powieści Johna Grishama od lat.
Tekst: Sylwia Skorstad
Prawnik Simon Latch zapewne chciałby być jak taki na przykład Mitch McDeere z filmu „Firma” z Tomem Cruisem – błyskotliwy, rozchwytywany, zamożny i do tego przystojny. Nie jest. Jego kancelaria ledwo wiąże koniec z końcem. Można by to złożyć na karb kiepskiej lokalizacji, bo w prowincjonalnym miasteczku w stanie Wirginia mało kto prowadzi wielkie interesy, ale powodów jest więcej. Na przykład taki, że Simon nie jest wybitnym prawnikiem. Co najwyżej przeciętnym. Zajmuje się, raczej z mniejszym niż większym powodzeniem, głównie prawem upadłościowym. Od czasu do czasu sporządzi i zatwierdzi jakiś dokument, ale często jego główne zadanie w pracy polega na tym, by udawać przed klientami mądrzejszego i bardziej zajętego niż faktycznie jest.
Zamiast filmowego uśmiechu i bogatych klientów Simon ma na karku rozwód, coraz chudszy portfel, długi hazardowe i ciasne łóżko polowe w kanciapie nad kancelarią. Kiedy w jego biurze pojawia się Eleanor Barnett, wdowa w podeszłym wieku, prawnik dostrzega swoją wielką szansę. Staruszka wyznaje, że odziedziczyła milionową fortunę. Nie jest zadowolona z testamentu, który sporządził dla niej prawnik urzędujący na sąsiedniej ulicy. Latch odkrywa, że kolega po fachu ukrył w dokumencie hojne zapisy dla samego siebie. A przecież on mógłby zrobić to samo, tylko sprytniej!
Typowa-nietypowa
„Wdowa” to z jednej strony typowa powieść Johna Grishama, bo pieniądze są w niej jednym z głównych motywów. Ktoś je ma, a komuś innemu ich brakuje. Zdobycie pieniędzy przez jakiś czas zdaje się wyjściem z niemal wszystkich kłopotów. Grisham ma talent do opisywania dyskomfortu biedy w taki sposób, by czytelnik łatwo utożsamił się z mało zamożnym bohaterem. To nie jest bieda, od której chodzi się głodnym, raczej stałe zagrożenie utratą kontroli nad długiem. Wystarczy awaria pralki albo brak wyczekiwanej premii, by domowy budżet się załamał. Gdyby tylko udało się zdobyć ćwierć albo pół miliona…
Z drugiej strony Grishamowi udało się wiernych czytelników zaskoczyć. Simon Latch to nie jest typowy dla jego opowieści bohater. Zwykle opisywani przez niego prawnicy to porządni goście. Simona momentami ledwo da się lubić. Planuje nadużyć zaufanie starszej pani, jak byle głupek obstawia nielegalnie zakłady, jest kiepskim ojcem i co najmniej takim sobie mężem. Dziwnie przypomina… nas wszystkich, czyli zwykłych ludzi, którzy za młodu mieli wspaniałe plany i dobre mniemanie o sobie, a potem wzięli kredyt i zorientowali się, że w domu dzieci płaczą częściej niż na filmach. Ba, przy nim można się nawet poczuć jak dobry obywatel!

„Kto to zrobił?”
John Grisham powiedział w wywiadzie dla „The View” w telewizji ABC, że nigdy wcześniej nie napisał klasycznej powieści opartej na zagadce typu „zgadnij, kto to zrobił”. Zaczął „Wdowę” podobnie jak inne historie, za które czytelnicy chętnie mu płacą, czyli od małomiasteczkowego prawnika. Potem jednak opowieść skręciła w inne strony i to nie tylko raz. To książka, która pozytywnie zaskakuje, bo zmiana typowej dla autora konwencji wyszła jej na dobre.
Również zakończenie tej historii jest inne niż zwykle. Autor twierdzi, że nigdy nie siada do pisania pierwszej sceny przed wymyśleniem ostatniej. Tym razem musiał przerobić finał po napisaniu całości. Domagała się tego najpierw jego żona, pierwsza i najwierniejsza czytelniczka jego prozy, która nie szczędzi mu pisanych czerwonym długopisem uwag na marginesach. Kiedy redaktor i wydawca stwierdzili to samo, w końcu skapitulował i przeredagował zakończenie. Dziś przyznaje, że faktycznie jego pierwszy pomysł nie był dobry, a ten, który poznaje czytelnik, dużo sprawniej wieńczy opowieść. Ostateczna wersja „Wdowy” jest wynikiem pięknej małżeńskiej kłótni. Autor twierdzi, że jego „book fights” z żoną to jedna z ulubionych rozrywek całej rodziny.
John Grisham, „Wdowa”, Wydawnictwo Albatros