Gdzie znikają artystki, kiedy stają się matkami? Choć dla świata stają się niewidzialne, intensywnie się zmieniają i wracają gotowe do zabierania głosu w ważnych sprawach. Aga Kiepuszewska w tym czasie napisała materiał na trzecią płytę „Cisza wszystkich łąk”.

Julia Staręga: Jesteś absolwentką dyrygentury chóralnej i wokalistyki jazzowej, studiowałaś również kompozycję i muzykę dawną w Rzymie, zawodowo jesteś wokalistką i kompozytorką. Co szczególnie ujmuje cię w tych obszarach muzycznych, że zdecydowałaś się ku nim zwrócić?
Aga Kiepuszewska: Wolność w muzyce pociągała mnie od najmłodszych lat, dlatego wiedziałam, że chcę iść w stronę jazzu, to było pewne. Ta ścieżka była jednak wydłużona, pierwotnie uczyłam się na wydziale rytmiki, bo pociągała mnie improwizacja fortepianowa. Były na niej także elementy wykorzystywania twórczości dzieci poprzez muzykę, co bardzo mi się podobało. Zaczęłam również prowadzić chór, kiedy byłam w szkole podstawowej. To były lata dziewięćdziesiąte, gdy życie dzieci i młodzieży było ulokowane w kościołach, na pielgrzymkach i w harcerstwie, a więc miejscach, w których można działać wspólnotowo. Moje doświadczenia ze śpiewaniem grupowym sprawiły, że zajęłam się chóralistyką i poszłam na studia dyrygenckie.
Julia: Widziałaś siebie w roli kobiety prowadzącej chór?
Aga: Studia dyrygenckie niestety mnie rozczarowały, bo czułam, że szkoli się dyrygenta do roli tresera. Wymagane było podporządkowanie się dyrygentowi, pojawiał się mobbing ze strony mężczyzn w średnim wieku, a nie tego poszukiwałam. Zobaczyłam, że za dyrygowaniem stoi potrzeba władzy, co dla mnie było zaprzeczeniem podstawowej funkcji dyrygenta, jaką w moim odczuciu było służenie chórowi. Po tych studiach nie chciałam mieć z tym nic wspólnego i zapisałam się wokalistykę jazzową do Katowic, żeby spełnić swoje marzenia o śpiewaniu i improwizowaniu. Okazało się, że to jest to.
Julia: Choć byłaś sceptycznie nastawiona do współpracy z chórami, to na twojej drodze pojawiła się propozycja, która zmieniła bieg wydarzeń.
Aga: Moja znajoma, która prowadziła w Krakowie chór gospel, Joyful Voice, prosiła mnie o zastępstwo na 2 lata, bo jej mąż dostał kontrakt z pracy, i polecieli na Tajwan. Ci młodzi ludzie śpiewali tak cudownie, że podjęłam się prowadzenia tego chóru i pracowaliśmy razem około trzy lata. W międzyczasie przez dwa lata prowadziłam drugi chór gospel, dla seniorów, na Śląsku, gdzie średnia wieku wynosiła 60+. Odmiana gospel jest zdecydowanie bardziej energetyczna i żywiołowa, co niesamowicie mnie kręci.
Julia: Śpiewanie w chórze daje większą moc niż śpiewanie solo?
Aga: Śpiew grupowy jest dla mnie mega zagadnieniem pod względem kulturowym. Mam tu na myśli między innymi uwalnianie głosu wspólnie i przyglądanie się temu, jak ta energia w nas pracuje.
Julia: W czasie pandemii zainaugurowałaś swój autorski projekt „Śpiewajmy z dziećmi”. Zaangażowałaś w niego rodziców i dzieci, którzy przesyłali do ciebie swoje wykonania dziecięcych piosenek. Należy oddawać głos najmłodszym?
Aga: Gdy pracowałam nad „Śpiewajmy z dziećmi”, zostałam młodą mamą, mój syn miał dwa lata, więc naturalną koleją rzeczy było dla mnie, żeby zrobić ten projekt. Poza tym na studiach dyrygenckich miałam przedmiot psychologia i pedagogika który poszerzył moje patrzenie na rozwój dzieci. Czytałam również liczne badania naukowe, z których wynikało, że kluczowe jest, by dziecko do drugiego-trzeciego roku życia miało w domu sprzyjające warunki do rozwoju, a muzyka i śpiew są jego ważną częścią. Dzięki temu jest mu zdecydowanie łatwiej w dorosłym życiu. A jeśli słyszy „przeszkadzasz, za głośno, fałszujesz”, to na dziecięcej matrycy te hasła zapisują się w sposób trwały. Później dorośli ludzie w różnych chórach, które prowadziłam, na dzień dobry wspominali, że „nie mają głosu”. To zdanie mówi bardzo dużo o sposobie patrzenia na śpiew, podejściu do niego i zawstydzaniu. Niestety nadal w naszym społeczeństwie pokutuje powiedzenie, że dzieci i ryby głosu nie mają, co oczywiście prawdą nie jest i na szczęście powoli się to zmienia.
Julia: Poszłaś za ciosem i w ubiegłym roku zespołem Piff Paw nagrałaś płytę dedykowaną dzieciom. Jak czytamy w tytule, to płyta „Dla różnych dzieci”. Co mieliście poprzez niego na myśli?
Aga: Z Piff Paf-em, początkowo duetem, który przekształciliśmy w 7-osobowy zespół Piff Paw Familijnie, nagraliśmy płytę dla dzieciaków. Dzięki projektowi „Śpiewajmy z dziećmi” wokalistka Ania Walewska skontaktowała mnie z Elą Madreiter, architektką, ilustratorką i autorką tekstów. Wspólnie stworzyłyśmy 13 utworów na album Piff Paw „Dla różnych dzieci”. To „różnych dzieci” szczególnie wybrzmiewa obecnie, gdy wiele z nich otrzymuje diagnozę bycia w spektrum. To jest też o różnych częściach, które mamy w sobie. Warto pamiętać, że obok wewnętrznego dziecka i potrzeby beztroski stoi kompetentny dorosły, który może o nią zadbać. Jeśli ktoś się zagłębi, to dostrzeże, że w piosenkach na tej płycie jest swoisty rewers, sens zawarty w tekstach, w którym mogą odnaleźć się pokolenia: rodzice, dziadkowie i ciocie z wujkami.

Julia: Czy twoim zdaniem obecnie brakuje takich projektów?
Aga: Wydaje mi się, że tak, dlatego go zrobiłam. Dzieci są do bólu szczerymi odbiorcami. Nie chcieliśmy ich karmić plastikiem, samplami i syntetycznymi brzmieniami. Badania na temat istoty białej w mózgu wskazują, że mózg dziecka do rozwoju potrzebuje odbioru w 3D. Dlatego koncerty z muzyką na żywo są najlepsze dla dzieci.
Julia: Rozwiniesz, co rozumiesz przez odbiór 3D?
Aga: Dziecko musi odbierać bodźce różnymi zmysłami. W przeciwnym razie istota biała się nie rozwija. Sam dźwięk i obraz z ekranu, które angażują słuch i wzrok, nie są wystarczające. Gdy dziecko jest na koncercie, dostaje bodźce 3D: widzi ludzi poruszających się w przestrzeni, słyszy brzmienia głosów, prawdziwych instrumentów, czuje ich wibracje, chłonie zapachy.
Julia: Z racji, że w znajdujemy się w sezonie fryderykowym, chciałabym zwrócić się ku projektowi, którego jesteś częścią. Rok temu ukazał się album „Budyń o smaku Mickiewicza”, który otrzymał Fryderyka w kategorii Jazz Eksperymentalny/Współczesna Muzyka Improwizowana. Opowiesz proszę o nim więcej?
Aga: Najważniejszą osią tego projektu jest Jacek „Budyń” Szymkiewicz, który zmarł dwa tygodnie po oddaniu Nikoli Kołodziejczykowi tekstów na tę płytę. To niepowetowana strata, Jacek był guru w świecie tekściarskim, to od niego inspiracje czerpali Kasia Nosowska i Krzysiek Zalewski. Poznałam go, gdy przygotowywał „Śpiewnik domowy” Moniuszki dla Filharmonii w Szczecinie dekadę wcześniej. Fundator projektu, Instytut Adama Mickiewicza, działa za granicą, dlatego też nim wydaliśmy płytę, graliśmy ten materiał m.in. w Serbii na największym festiwalu w Europie Wschodniej oraz w Budapeszcie, gdzie nagraliśmy materiał koncertowy.
„Budyń o smaku Mickiewicza” to ambitny materiał, dlatego wzięliśmy sobie za cel, by wyjść z tą płytą do słuchaczy w Polsce, co wcale nie było tak łatwe. Duże wytwórnie, które liczą na zarobek, nie są zainteresowane tym, co jest niszowe. Na szczęście pojawił się Związek Artystów i Wykonawców STOART, który przyznał nam fundusze na wydanie tego albumu, w wersji winylowej. To dla mnie bardzo ważne, że udało nam się zrobić ten projekt w tak świetnym składzie, o docenieniu płyty przez Akademię podczas głosowania nie wspominając. Wypełnia nas ogrom wdzięczności.
Julia: Tobie w udziale przypadły dwa utwory jazzowe.
Aga: Jako że jestem pierwszą słuchaczką kompozycji autorstwa Nikoli Kołodziejczyka ze względu na nasz stan rodzinny, jestem żoną Nikoli, wiedziałam, że je zaśpiewam. Nikola zaprosił do projektu również Tomka Organka i Natalię Grosiak. Jest kompozytorem ambitnym, pisze trudne rzeczy, a wyzwania dostają mi się w spadku. Zawsze się na nie cieszę, bo to okazja do wyjścia poza strefę komfortu. Zespół Nikoli składa się, z jak to lubię mówić, muzyków-snajperów, topowych improwizujących wirtuozów ze świata muzyki jazzowej i klasycznej, którzy udźwigną kaliber tych kompozycji.

Julia: Pozostając w temacie muzyków, o których wspomniałaś – niedawno ukazała się twoja najnowsza, trzecia płyta „Cisza wszystkich łąk”, która będzie miała swoją premierę na winylu.
Aga: Pomyślałam, że w czasach szybkiego życia i konsumowania muzyki głównie poprzez streamingi, chciałabym stworzyć coś namacalnego. Winyl ukaże się w limitowanej edycji. Zdjęcia okładkowe wykonała Irmina Walczak w technice analogowej, na średnim formacie. Gdy zaczęłyśmy sesję, Irmina zrobiła mi jedno zdjęcie, a ja mówię: „to może dubel?”, a ona: „nie, albo będziemy to miały, albo nie”. To był fantastyczne doświadczenie. W czasach cyfry, gdy robimy po kilkadziesiąt wersji jednego zdjęcia, nie ma w nas gotowości na stratę i ekscytacji z tego, czy to, co zrobiłyśmy, spełni nasze oczekiwania. Analog uczy odpuszczania perfekcjonizmu.
Julia: Autorką tekstów piosenek na płycie jesteś ty, choć początkowy zamysł był inny, korelował z twoją sympatią do twórczości poetki Mai Angelou.
Aga: Dekadę temu zachwyciłam się jej poezją i wysłałam moje kompozycje do jej wierszy, m.in. do „Alone”, do amerykańskiej organizacji, która chroni prawa Angelou. Amerykanie zareagowali pozytywnie, wyrazili zgodę na ich nagranie w formie długogrającej płyty, ale musiałabym uiścić kwotę 20 tysięcy dolarów w ramach honorarium oraz przesyłać dodatkowe kwoty z każdego koncertu. To znacząco uszczupliłoby budżet, tym bardziej, że koncerty w dzisiejszych czasach również nie są wysoko opłacane. Niestety, ZAiKS w tym nie pośredniczy, a ja nie jestem wielkim graczem. Potraktowałam więc tę sytuację jako znak, który Maja Angelou wysłała do mnie z zaświatów i powiedziała: „Aga, napisz swoje teksty”. Postawiłam na siebie. Z perspektywy czasu widzę, że to był bardzo dobry ruch.
Julia: Nad płytą pracowałaś wspólnie z Nikolą Kołodziejczykiem, który opracował aranżacje. Na czym szczególnie zależało wam, gdy zastanawialiście się nad kształtem płyty?
Aga: Wszyscy, którzy grają na mojej płycie, grali też na „Budyniu”. W tamtym momencie zachwyciłam się brzmieniem gitar Adama Jędrysika i Andrzeja Imierowicza. Adam prowadzi liryczne melodie, z kolei Andrzej – free-jazzowe, rockowe. Ich zestawienie dodało tej płycie mocy. Nie grają identycznie, a dialogują, to cudowne. Na kontrabasie gra Maciek Szczeciński – jego brzmienie jest miękkie, przestrzenne, nawiązuje do americany, czyli tego, czym fascynuję się od lat i co można usłyszeć na przykład u Joni Mitchell czy Billa Frisella. Na perkusji towarzyszył nam jeden z najlepszych polskich bębniarzy młodego pokolenia: Miłosz Berdzik. Nikola stworzył aranżacje z myślą o tym konkretnych muzykach, wiedząc, jaki mają styl i umiejętności. Nikola ich zna, był również ich wykładowcą na Uniwersytecie Fryderyka Chopina, więc było nam zdecydowanie łatwiej.
Julia: Płytę pisałaś w momencie, który był dla ciebie przełomowy. Co to za wydarzenie?
Aga: Czuję, że 40 urodziny były dla mnie punktem zwrotnym. Sporo przemeblowało mi się w głowie. Zobaczyłam, że nie chcę żyć szybko, co nie jest łatwe, bo dużo pracuję. Nauczyłam się odnajdywać spokój w życiu, większą uwagę przykładam do codziennego ruchu. Te piosenki o tym opowiadają – jest w nich wiele wersów, które nawiązują do cieszenia się otaczającym światem, zachwytem nad kobiecą cyklicznością. Jest w nich też zgoda na nieuchronne przemijanie.
Julia: Czy dobrze słyszę, że „Cisza wszystkich łąk” to również uwolnienie radości z bycia kobietą, która czerpie z tego, co przynosi codzienność?
Aga: Myślę, że tak. Jest ona również o nadpisywaniu nowej historii szczęścia nad trudnymi rzeczami, które mnie zablokowały na tworzenie. Wydeptuję na niej nowe ścieżki i wysyłam w świat przesłanie, że dopóki chcemy i dopóki poszukujemy, ciągle jest nadzieja.
Julia: Nawiązujesz do tego w utworze „Poza czasem”, gdy śpiewasz, „jak żyć, by nigdy nie mieć dość”. Odnalazłaś już odpowiedź na to pytanie?
Aga: Wydaje mi się, że przyglądanie się życiu bez oczekiwań daje nam z niego zadowolenie. Mam w sobie pęd do odkrywania, poszukiwania zmian, celowego wychodzenia z rutyny, choć wiem, że ona mi służy – to pewnie kwestia usposobienia i ADHD. Stale balansuję pomiędzy tym, by nie zajeżdżać się obowiązkami i listą rzeczy do zrobienia a zdrowym odpuszczaniem. Uczę się przyglądać sobie i temu, co czuję.
Julia: Dlatego też w piosence „Mój dom” podejmujesz wątek tego, co tak naprawdę oznacza bycie blisko siebie, gdy jest się już życiowo ugruntowaną?
Aga: Tak. Do namysłu nad tym skłoniły mnie nie tylko zmiany w moim życiu i praktykowanie uważności w suicie na chór, którą ostatnio skończyłam pisać, ale też książka, którą ostatnio przeczytałam. Natalia de Barbaro wydała „Przejścia. Którędy do miłości?”, książkę skierowaną raczej dla kobiet w średnim wieku. Podobnie jak jej dwie pozostałe pozycje, tak i ta koncentruje się na rozprawianiu się z dzieciństwem i tym, jak nas, dziewczynki szczególnie, wychowano. Natalia pisze w niej o tekstach, które wszystkie z nas słyszały: „nie biegaj w białych rajstopkach, bo się pobrudzisz”, „nie wchodź na drzewo, bo porwiesz sukienkę”. Od nich się zaczyna, a w dorosłym życiu te zwroty przyjmują inną postać: słyszysz je w pracy, gdy twoje zdanie jest marginalizowane, gdy nie dostajesz takiego wynagrodzenia, jak twój kolega, bo jesteś kobietą. W tej książce jest również piękny esej o tym, dlaczego w filharmonii grają ciągle Brahmsa, a nie utwory kompozytorek oraz dlaczego nie było wielkich artystek – odpowiedź leży m.in. w dostępie edukacji. Druga rzecz, która jest kluczowa, to macierzyństwo. Gdy stajesz się matką, twój czas jest uszczuplony o obowiązki domowe. Jeśli wyszarpiesz go dla siebie kosztem czegoś innego, to go masz. Natalia de Barbaro zwraca uwagę na to, że kobieta nigdy nie sprosta wszystkim. Masz dziecko i pracujesz – źle. Masz dziecko i nie pracujesz – również źle. Karmisz piersią – źle, butelką – źle. To społeczny ostracyzm na wszystko, co robimy, bez względu na to, po której stronie jesteśmy. Dlatego trzeba znaleźć swój wewnętrzny core i go słuchać.
Julia: Na płycie „Cisza wszystkich łąk” zawarłaś subtelne przesłanie do innych kobiet, by pamiętały, że są wystarczające?
Aga: Tak. Chciałabym, by kobiety wiedziały i czuły, że są wspaniałe i zawsze wierzyły w swoje możliwości – nawet, gdy życie próbuje grać im na nosie. Gdy Spotify zaliczył moją płytę do EPek, strasznie się zirytowałam, bo spełnia warunki płyty długogrającej. Spodziewałam się wyliczanek, że piosenek jest za mało, że na poprzednich płytach było ich więcej. Dlaczego więc jest ich tylko – lub aż – tyle? Dlatego, że jestem zarówno kobietą, jak i matką i mam ograniczony czas tworzenia. Ale czy to, że stworzyłam sześć, a nie osiem piosenek, eliminuje mnie z rynku fonograficznego? No nie. Wydaje mi się, że większość kobiet, artystek, malarek, rzeźbiarek nie tworzy, bo wydaje im się, że są „nie dość”. Że ich dzieła są nie dość długie, nie dość dobre. A ich twórczość jest wartościowa, bo pochodzi z ich wnętrza.