Bez względu na wiek i zainteresowania, na pewno widzieliście lub słyszeliście Lizę Minnelli. Teraz możecie wreszcie wysłuchać jej historii dzięki autobiografii „Wysłuchajcie mnie”. Jest ku temu wiele dobrych powodów.
Tekst: Sylwia Skorstad

„Wszyscy żyli i żyją w przekonaniu, że wiedzą o mnie wszystko, chociaż nie wiedzą. Bo niby skąd mieliby wiedzieć?”
Wcześniej, gdy zdarzało się jej się udzielać wywiadów, zwykle mówiła półprawdy, obracała wszystko w żart albo unikała odpowiedzi. Robiła to celowo, bo miała powody do nieufności wobec dziennikarzy. Bywało też, że plotła trzy po trzy, bo była pod wpływem leków, alkoholu lub narkotyków. Raz nawet na konferencji prasowej ogłosiła swoje zaręczyny komikiem Peterem Sellersem, chociaż była wtedy mężatką, w dodatku zaręczoną z innym mężczyzną niż odtwórca gapowatego inspektora z „Różowej Pantery”. Uciekła od dodatkowego narzeczonego miesiąc później.
Z miłości i ze złości
Na napisanie biografii Minnelli zdecydowała się, gdy zaoferował jej to wieloletni przyjaciel, Michael Feinstein. Mimo bezgranicznej miłości i wdzięczności do niego, nie potrafiła się jednak zabrać do projektu. Dopiero po pamiętnej gali rozdania Oscarów w 2022 roku tak bardzo zezłościła się na Lady Gagę, że aż postanowiła to opisać. Feinstein przekonał ją, że w biografii może opowiedzieć o wszystkim z własnego punktu widzenia.
Razem stworzyli książkę, którą chce się czytać. Liza deklaruje, że mówi o sobie po raz pierwszy szczerze i bez ogródek. Opowiada o romansach i przyjaźniach, walce z nałogami, mechanizmach działania przemysłu filmowego oraz wpływie niezwykłego dzieciństwa na swoje późniejsze życie. Czy zawsze mówi tylko prawdę i całą prawdę? Ona, która spędziła życie na oszukiwaniu siebie i otoczenia w sprawie licznych nałogów? Czytelnik musi w pewnym momencie podjąć decyzję, czy jej wierzyć.
Ukochana mama
„Wyszłam na scenę, dostałam gromkie brawa i zeszłam mądrzejsza – masz odgrywać komedię na całego, niech widownia ma uciechę. Nawet gdy pęka ci serce.”
Liza Minnelli, choć w dziedzinie sztuki osiągnęła więcej niż jej rodzice, nigdy nie przestała być jedynym dzieckiem hollywoodzkich legend – Vincente’a Minnellego i Judy Garland. I to nie dlatego, że mimo upływu lat dziennikarze uparcie anonsowali ją jako córkę sławnej aktorki, ale dlatego, że ona sama nigdy do końca nie wyszła z cienia matki. Choć po latach opowiada o niej z miłością, zrozumieniem i cierpliwością, czytelnik sam szybko rozumie, jak długi i mroczny to cień.
Historie o Garland w roli matki zadziwią każdego, kto dorastał w normalnej rodzinie. Potrafiła obiecać, że przyjdzie obejrzeć ważną premierę i odwołać to w ostatniej chwili albo stanowczo żądać uwagi dla siebie i własnych projektów, gdy córka zaczęła robić swoje plany zawodowe. Najgorsze jednak było to, że choć deklarowała wsparcie dla kariery Lizy, to zdawała się nie znosić faktu, iż ta stawała się bardziej popularna od niej. Mogła wparować własnemu dziecku na scenę, by publiczność oklaskiwała ją, a nie córkę.
Minnelli do dziś nie umie przestać jej wybaczać i obdarzać podziwem oraz miłością. Być może dlatego, że rozumie, przez co matka przechodziła. Mówi, że w spadku dostała i talent, i nałogi.
To, że o każdym, kogo darzyła miłością – byłych mężach, kochankach, czy tragicznie zmarłej matce – Minnelli opowiada z empatią i czułością, jest jej wielką zaletą. Jest w jej biografii wiele osób, które mogłaby winić, jednak gdy zaczyna szukać winy, to znajduje ją w sobie.

Życie na tabletkach
„Mam osiemdziesiąt lat i wielkie szczęście, że żyję. Większość osób z SUD nie dożywa tego wieku. Ale dzięki opiece i leczeniu mamy szansę na przeżycie. Modlę się, aby moja historia ci pomogła, jeśli ty albo ktoś z twoich bliskich zmaga się z tym podstępnym problemem” – pisze we wstępie Liza.
Roztańczone i rozśpiewane życie Lizy było przez wiele dekad tak kolorowe, że czasem aż trudno w nie uwierzyć. Wystarczy przeczytać, kto był obecny na jej chrzcinach, urodzinach, premierach czy ślubach, by zrozumieć, że ona się nie popisuje, gdy mówi o Robercie de Niro „Bobby”. Jeśli w drugiej połowie ubiegłego wieku ktoś był w Stanach Zjednoczonych sławny, to na pewno znał Lizę, romansował z nią, śpiewał lub imprezował. Wielu ją podziwiało, niewielu lekceważyło. W tej drugiej grupie był aktor Gene Hackman i chyba boli ją to do dzisiaj, bo poświęciła mu niewiele (jak na swoje przyzwyczajenia) ciepłych słów.
To kolorowe życie było jednocześnie stąpaniem po rozsypanych wszędzie tabletkach. Tak samo jak matka Liza wmawiała sobie, że w środowisku artystycznym to normalne i że można zachować nad tym kontrolę. Dopiero po latach przyznaje, że na przykład w czasach kilkuletniego romansu z Martinem Scorsese oboje rzadko wychodzili z narkotykowego ciągu i podejmowali fatalne decyzje zawodowe i personalne. Nałogi odebrały jej co najmniej połowę zdrowia. Na szczęście zostało go na tyle, by Minnelli zdążyła dorosnąć do napisania biografii. To pouczająca, miejscami zabawna i między wierszami straszna historia. Nie róbcie tego w domu, dzieci. Nie róbcie tego w ogóle.
Liza Minnelli, Michael Feinstein „Wysłuchajcie mnie. Autobiografia”, Wydawnictwo Prószyński i S-ka