Zespół Przebiśniegi tworzą Markus Żamojda, Jan Bąk, Joanna Jewuła i Jan Borys. Debiutowali albumem „Letnie myśli” nominowanym do nagrody Fryderyk w kategorii „Fonograficzny debiut roku”. W ubiegły piątek zaprezentowali słuchaczom drugi album „Sen Multiplayer” – muzyczną odyseję do krainy sennych marzeń.

Julia Staręga: W momencie, w którym rozmawiamy, minął ponad tydzień od premiery waszego drugiego albumu. Największe mocje zdążyły już opaść?
Jan Bąk: Chyba jeszcze nie. Dalej tym żyjemy. Wydaje mi się, że to będzie za nami długo chodzić. Włożyliśmy w ten album wiele pracy i mnóstwo serca, dlatego trudno nam zaakceptować myśl, że pewien etap już zamknęliśmy. Kilka dni temu graliśmy koncert w Kielcach, więc teraz wchodzimy w zupełnie nową fazę, czyli w przygotowania do koncertów. Jesteśmy na nich teraz absolutnie skupieni. Myślę, że nieprędko nadejdzie moment, który ostudzi nasze emocje.
Jan Borys: Przez to, jak intensywny był proces przygotowywania tego albumu i jak bardzo goniły nas terminy, dopiero po jego wypuszczeniu naprawdę zaczynam czuć ekscytację związaną z tym, że już się ukazał. Widzę utwory na streamingach, widzę, że ludzie ich słuchają i je udostępniają. Nasz sen się spełnił. To bardzo miłe. Tak, jak powiedział Jan, wchodzimy w nowy etap i ogrywamy materiał na żywo. To w zasadzie dla mnie dopiero początek tej historii.
Julia: Kielecki koncert był pierwszym, na którym zaprezentowaliście nowy materiał przed słuchaczami?
Joanna Jewuła: Właściwie drugim, ale pierwszym, który wyszedł poza kolebkę stolicy. Koncert premierowy zagraliśmy w warszawskiej Stalowni, byli na nim głównie znajomi, koledzy muzycy, ale też osoby, które zakupiły płytę w preorderze. Z kolei ten w Kielcach stanowił dla nas pierwsze spotkanie ze „Snem Multiplayer” z publicznością z zewnątrz. Myślę, że wrażenia słuchaczy były pozytywne – przynajmniej tak mówili nam po koncercie (śmiech).
Jan Borys: To był też koncert utrzymany w szczególnej, cyklicznej formule. Bierze w nim udział stała grupa odbiorców, która wcześniej nie wie, kto wystąpi. Było to dla nas zupełnie nowe doświadczenie, bo nie mieliśmy żadnej pewności, czy ci ludzie, którzy przyszli, w ogóle nas znają i słuchają. Nie wiedzieliśmy też na początku, czy się dobrze bawią. Był to koncert siedzący, a one również mają swoją specyfikę.
Julia: Wasz najnowszy album nosi tytuł „Sen Multiplayer”. Gdy śnimy, to raczej w pojedynkę, a wy do tego dodajecie komponent gamerski – i to dla wielu uczestników. Jak narodził się pomysł na tytuł tej płyty?
Joanna: Chyba podczas pisania tytułowej piosenki. Najbardziej wyraźna jest w niej fabuła, z której uczyniliśmy motyw przewodni tego wydawnictwa. To opowieść o osobie, która podróżuje przez sny. Poszukuje w nich drugiego człowieka, którego w rzeczywistości nie może spotkać. Na naszej płycie pojawia się więc tęsknota, nostalgia i motyw ucieczki – zarówno od siebie, jak i od rzeczywistości — w krainę marzeń sennych. Myślę więc, że to jeden ze sposobów, w jaki można interpretować tytuł „Sen Multiplayer”.
Julia: Można określić was twórcami wyobrażeniowymi?
Joanna: Jak najbardziej! (śmiech). Lubimy fabularyzować utwory i układać je w spójną historię. Podobają się nam impresje najpierw układane w słowa, a potem okraszone muzyką.
Julia: Nawet trudne stany opakowujecie w rozbudowane, piękne metafory. Jak to robicie?
Joanna: Myślę, że we trójkę, razem z Janem Bąkiem i Markusem, jesteśmy bardzo krytyczni, gdy pracujemy nad tekstami piosenek. Nie weźmiemy pierwszej lepszej linijki, która przyjdzie nam do głowy, tylko lubimy kombinować. Czekamy, aż w zdaniu pojawi się ten dojrzały owoc. Myślę, że tak rodzą się pełne metafory, w których każdy szczegół jest dopieszczony.
Jan Bąk: Wydaje mi się, że to również kwestia nastrojenia się na aktywność, jaką jest pisanie. Musi wytworzyć się kolektywna nieświadomość, by opisywane przez nas obrazy mogły się pojawić. Z jednej strony Asia mówi, że jesteśmy krytyczni, co jest w jakiś sposób prawdą, natomiast wydaje mi się też, że jest druga strona, o której należy powiedzieć. Udaje nam się zachować zdrowy balans, ponieważ lawirujemy między rzemieślniczą krytyką i dążeniem do formy, a eksploracją, czasami dość dziecięcą. Najpierw szukamy wyrażeń, które będą ciekawe, a dopiero później ścinamy to, co naszym zdaniem nie jest odpowiednie.
Julia: Zgłębiacie emocje, które nie zawsze są wygodne. Na przykład we „Wczorajszym tlenie” opowiadacie historię o tkwieniu w punkcie zawieszenia i widmie zeszłego dnia, które rozciąga się na kolejne dni tygodnia. Artysta powinien konfrontować słuchaczy z trudnymi stanami?
Joanna: Kiedyś prowadziliśmy rozmowę na ten temat i zastanawialiśmy się, czy artysta powinien iść na łatwiznę i dawać słuchaczom hedonistyczną przyjemność, której chcieliby doświadczać, czy nie. Myślimy, że warto czasem stawiać odbiorcę w pozycji niewygodnej konfrontacji, by mógł zmierzyć się z emocjami, od których najwygodniej jest uciekać.
Jan Bąk: Tak, jak powiedziała Asia – jest tendencja do tego, żeby wszystko było przyjemne i mało wymagające. Ja jednak bardzo bym chciał, żeby nasza muzyka mimo wszystko stawiała wyzwanie przed odbiorcami. Natomiast wydaje mi się, że muzycznie robimy pewien rodzaj „kina środka”, jesteśmy między mainstreamem, a czymś bardziej eksperymentalnym i psychodelicznym.
Julia: W piosenkach, zgodnie z przyjętą konwencją, wielokrotnie nawiązujecie do marzeń sennych i ukrytych surrealistycznych stanów. Dobrze myślę, że czujecie głęboko, a muzyka jest tą przestrzenią, w której możecie te emocje bezpiecznie rozpakować?
Joanna: Myślę, że tak. Staraliśmy się ukryć w tekstach surrealizm i wielowarstwową symbolikę, o których mówisz. Było to dla nas istotne, by każda piosenka opowiadana była estetyką snu. Odpowiadając na twoje pytanie myślę, że piosenki tak dla nas, jak i ogólnie, są bezpieczną przestrzenią do wyrażania siebie. Na dobrą sprawę słuchacz może pomyśleć, „oni udają, wychodzą na scenę i odgrywają rolę”, bo za tekstami bardzo łatwo się schować, z czego niektórzy artyści korzystają. Dla nas muzyka ma moc terapeutyczną, a przede wszystkim jest formą zabawy. Takiej, która nas pochłania, a my puszczamy wodze fantazji i piszemy. To tak jakbyśmy tworzyli sobie własny plac zabaw, którym jest świat, a my biegamy po nim i patrzymy, co znajdziemy i co podniesiemy z ziemi tym razem.

Julia: Podnosicie na przykład szereg muzycznych stylistyk: eksperymenty z elektroniką, muzyką taneczną, rockową, czy – jak w „Egipcie” – na swój sposób inspirowaną Orientem. Co inspiruje was do gatunkowych poszukiwań?
Jan Borys: Wydaje mi się, że wychodzi to naturalnie podczas procesu tworzenia. Płyniemy szeroko. Chyba tylko raz mieliśmy sytuację, gdy stwierdziliśmy, „dobra, teraz zrobimy afrobeat”. Myślę, że to bierze się również stąd, że każdy z nas jest z różnych, muzycznych światów. Mamy również dużo punktów wspólnych, dzięki którym przepływ pomysłów jest niezwykle prosty i intuicyjny – stąd mnogość gatunków na tej płycie.
Joanna: Afrobeat, o którym wspomniał Janek, podsunął nam Markus. Bardzo lubił ten gatunek, słuchał go wręcz nałogowo. I ta muzyka, wracając do metafory świata jako placu zabaw, była jego częścią klocków. Miał ochotę coś z nich zbudować i zawołał nas: „Chodźcie, układamy coś wspólnie”. Jan Bąk jako zapalony fan rocka psychodelicznego, wnosi do zespołu zupełnie inne elementy i układa z nich fantastyczne, rozedrgane partie gitarowe. To połączenie naszych umysłów, ale też świata pełnego rzeczy, które można podnieść. My po prostu nie boimy się po nie sięgać.
Julia: Jak wygląda wasz proces twórczy? Częściej jammujecie czy podchodzicie do pisania i komponowania tak, jak rzemieślnicy, którzy konsekwentnie wykuwają swoje dzieło?
Joanna: Większość naszych utworów powstała albo w sposób producencki albo pod wpływem chwili, gdy siadaliśmy przy instrumencie, pisaliśmy melodię i tekst. Jeśli chodzi o jammowanie pełnym składem to jest to dla nas nowy i fascynujący sposób tworzenia w wyniku którego narodziła się „Melatonina (Noc)”, jeden z naszych ulubionych utworów z tej płyty.
Julia: Tytuł „Melatonina” noszą dwa utwory. Jeden z dopiskiem dzień, drugi z dopiskiem noc. Dobrze słyszę, że różni je produkcja?
Joanna: „Melatonina (noc)” to jest wersja nagrana „na setkę” przez nasz zespół w studio – zależało nam na zachowaniu energii płynącej z żywego grania, dlatego zdecydowaliśmy się na tę formę. Dla nas ta wersja jest bardzo ważna, bo powstała, tak jak już wcześniej wspomniałam, w zupełnie nowy dla nas sposób. Z kolei „Melatonina (dzień)” to owoc naszej pierwszej w historii producenckiej współpracy z Czarnym Hi-Fi, a zarazem radiowa wersja tego utworu.
Julia: Wspominaliście również o szybkim procesie tworzenia. Utwór „z cukru piach” napisaliście bardzo blisko daty skończenia albumu, w cztery godziny. Naprawdę roboczo figurował pod tytułem „Jarocin”?
Jan Bąk: To było nasze hasło wewnętrzne, odblokowaliśmy w tej piosence dość dziwną energię (śmiech). Kojarzyła się nam z dziedzictwem polskiej muzyki spod znaku Jarocina albo Przystanku Woodstock, szczególnie w refrenie. Jednocześnie nas to bawiło, jak i pociągało. „Z cukru piach” był też pewnego rodzaju wyzwaniem rzuconym samym sobie. Powstał w momencie, w którym nagraliśmy prawie wszystkie utwory na album, ale zdecydowaliśmy, że wciśniemy jeszcze jeden, zupełnie inny od reszty. Spotkałem się z Markusem, on dogrywał gitary, a ja pisałem na telefonie tekst refrenu, który w niezmienionej formie wszedł do piosenki. To było żywe, lubię takie momenty.
Julia: Utwór „Pali jej się świat” doczekał się teledysku. Opowiecie więcej o kulisach jego powstawania?
Joanna: Historia tego teledysku jest bardzo szalona. Kręciliśmy go dosłownie w dwa wieczory i jeden poranek, mając tylko zarys scenariusza. Jan wymyślił koncept, potem razem rozpisaliśmy prowizoryczny scenopis. Zanim wyjechaliśmy do Maroka, gdzie robiliśmy sesję zdjęciową, szukaliśmy inspiracji i odkrywaliśmy na gorąco, co chcemy zawrzeć w klipie. Markus wystąpił jako operator, Jan reżyserował moje ujęcia, a ja jego. Janek Borys latał ze światłem i co udało nam się doświetlić, to się udało. Później ja razem z Tobiaszem Plutą zmontowaliśmy materiał. Mieliśmy z tego mnóstwo frajdy (śmiech).
Julia: Otwiera go definicja słowa „metempsychoza”. Już na starcie dajecie słuchaczowi podpowiedź, że będzie to piosenka o ponownym odradzaniu się?
Jan Bąk: Lubię, kiedy to, co pokazujemy słuchaczowi, jest w jakiś sposób zdefiniowane. Uczyłem się w szkole filmowej, gdzie pokutuje przekonanie, że film powinien się bronić sam i generalnie nie powinno się dawać żadnych wskazówek. Jeżeli obraz, najlepiej taki bez dialogu, nie przemawia sam przez siebie, to film jest nieudany. Totalnie się z tym nie zgadzam i zbuntowałem się przeciwko temu na studiach (śmiech). Uważam, że ta definicja, o której mówisz, jest bardzo ważna i ładnie nakierowuje odbiorcę. Dzięki temu szuka jej odzwierciedlenia w teledysku. Nie jest to w żaden sposób umniejszanie roli obrazu, ani też inteligencji odbiorcy. My po prostu zasugerowaliśmy trop interpretacyjny.
Julia: Ten aspekt wizualny, również nadający znaczenie materiałowi, jest więc dla was ważny?
Joanna: Myślę, że tak. To był nasz cel, by piosenka korespondowała z obrazem i odzwierciedlała moment, w którym życie przewija się przed oczami. Zanim zaczęliśmy pracę nad teledyskiem, Janek Bąk polecił mi film „Aftersun”, którym zresztą się inspirowaliśmy, szczególnie w pierwszych kadrach klipu. Ujęcia artystyczne przeplatamy w nim z przebitkami z życia nagrywanymi handycamem.
Julia: Zdradzicie, dlaczego zdecydowaliście się kręcić teledysk w Maroku?
Jan Borys: Pomysł z Marokiem był odpowiedzią na plan wytwórni, by zrobić sesję w studiu i na jej potrzeby specjalnie zwieźć piasek. Stwierdziliśmy, że to zupełnie z nami nie współgra. Jasne, dużo łatwiej byłoby zamknąć wszystko w jeden dzień w Warszawie, wygodnie wrócić do domu i oddać tę pracę innym ludziom, ale to nie jest coś, co jest z nami zgodne. Moglibyśmy też bez problemu skorzystać z AI i przerobić zdjęcia, ale zupełnie tego nie wspieramy. Stwierdziliśmy więc, że lot do Maroka po to, by zrobić kilka zdjęć, jest w tym przypadku walką o honor (śmiech).
Joanna: Koszt byłby podobny, więc pomyśleliśmy: dlaczego nie pojechać na prawdziwą pustynię? To była dla nas nowa piaskownica do odkrycia. Przebiśniegi były dużo bardziej zainteresowane odkrywaniem nowego kraju niż zsypaniem piasku do pomieszczenia w Warszawie. Poza tym, piasek jest atrybutem Morfeusza. Mówi się, że trzeba nasypać go komuś do oczu, żeby zasnął. To z naszej strony takie mitologiczne nawiązanie: kraina piasku jest krainą snu, dlatego wybraliśmy Maroko.
Julia: Senne poszukiwania zawarliście w każdym z utworów, lecz to ich opis we „Śnie Multiplayer” przykuł moją uwagę najbardziej. Pojawia się tam wers: „Próbuję biec, choć nogi ze stali mam, nabieram wdech przykryta falami”.
Joanna: Tak, to zupełne przeciwieństwa, które w świecie snu mogą ze sobą koegzystować. Dalej śpiewamy: „Wiruje śnieg i słońce ogrzewa twarz, patrz ostrożnie mi w oczy, nie w lustra i tarcze zegarków”. Mówi się, że w świadomym śnie zegarki zawsze pokazują coś dziwnego – na przykład godzinę, która nie ma sensu – i spojrzenie w lustro albo na zegar może uświadomić ci, że śnisz. Wtedy bardzo łatwo się obudzić. Myślę, że w tym utworze z dużą starannością opisaliśmy moment ostrożnego spotkania dwóch osób we śnie, które – gdy już są blisko siebie – boją się, że za chwilę się obudzą. W tej piosence jest dużo sennej symboliki oraz nawiązań do świadomego snu i prób wejścia w ten stan.
Julia: Czyli sen – czasem krótki i niespokojny, a czasem głęboki – jest tym, co pozwala nam doświadczać tego, do czego nie mamy na co dzień dostępu?
Joanna: Myślę, że tak. Czasami są takie sytuacje, że człowiekowi nie chce się wstawać, bo we śnie było mu tak dobrze. Może przeżywał trudniejszy okres, może miał po prostu taki dzień, a może przyśniło mu się coś tak wspaniałego, że nie chciał opuszczać tej krainy, bo tego dnia na jawie nie czekało go nic równie kolorowego. Właśnie o tej alternatywnej, sennej, upragnionej niekiedy rzeczywistości oraz o próbach dostania się do niej jest nasz drugi album.