Dziewięciu macho i ty, czyli o aplikacjach sportowych

Jeśli marzysz o tym, żeby zmienić tryb życia na bardziej aktywny, aplikacje sportowe mogą ci dostarczyć odpowiedniej motywacji.

Tekst: Sylwia Skorstad

Kobiety w strojach kąpielowych uprawiające gimnastykę na plaży, pocztówka, żródło: Polona

Piątek, zimowy leniwy wieczór, zaczynam wraz z rodziną oglądać film. Nagle jedna z aplikacji zainstalowanych w telefonie przysyła powiadomienie. „Anna pobiła twój rekord na segmencie W górę Topolowej o 4 sekundy” – informuje mnie Strava.

– Do diaska! – myślę do nieznanej mi Anny. – No gratuluję, ale naprawdę, musiałaś akurat teraz?

Sprawdzam, że Anna jest ode mnie 15 lat młodsza i 10 kilo lżejsza. Dobrze, niech sobie ma ten rekord.

Jutro pobiegnę taką trasą, by zahaczyć o ulicę Topolową i spróbować odzyskać pierwsze miejsce.

Rusz się!

Przybliżając zalety aplikacji sportowych, opowiem o tych, z których sama korzystam. Sięgnęłam po nie przypadkowo i pozostaję im wierna. Jestem jednocześnie przekonana, że każda aplikacja, która spełnia swoje zadanie, czyli sprawia, że chce ci się ruszyć, jest dobra. Nie ma znaczenia, czy korzystasz z Endomondo, Stravy, czy czegoś jeszcze innego. Jeśli ma na ciebie pozytywny wpływ, to znaczy, że działa.

Jeszcze kilka lat temu nie wiedziałam, co to jest „segment” ani „Strava”, a na spoconych biegaczy i rowerzystów spoglądałam ze zdziwieniem. Tym bardziej, jeśli wysilali się przy niesprzyjającej aurze. Potem dostałam na urodziny zegarek sportowy i zaczęłam korzystać z aplikacji producenta, w której mogłam śledzić swoje wyniki. Garmin Connect potrzebował zaledwie kilku dni, by dostarczyć mi wiedzy o moim trybie życia prowadzącym prosto w choroby. Zrozumiałam, że ze względu na wykonywaną pracę ruszam się mniej od przeciętnego człowieka i dużo mniej niż zaleca Światowa Organizacja Zdrowia. Zamiast 10 tysięcy kroków robiłam 5 albo 6 tysięcy.

Testując możliwości zegarka wypuszczałam się na coraz dłuższe spacery, 10 tysięcy kroków ustawiając jako codzienne minimum. Kiedy siedziałam bez ruchu dłużej niż godzinę, zegarek wibrował i zachęcał do zrobienia kilku kroków za pomocą komunikatu „Rusz się!”. Polubiłam to, że o mnie dba. Bo wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że potrafię godzinami siedzieć przed komputerem, poruszając niemal tylko palcami.

Z czasem zaczęłam jeździć rowerem i biegać. Okazało się, że ruch sprawia mi dużą przyjemność, odkryłam, że czuję się najbardziej zmęczona, gdy… cały dzień przesiedzę.

W grupie raźniej

Największą zaletą aplikacji sportowych jest to, że mogą ci dostarczyć niezliczonych partnerów treningowych. Naukowo dowiedziono już, że tryb życia najtrudniej zmienia się w pojedynkę. Jeśli masz kogoś, kto będzie ci towarzyszył w pierwszych tygodniach, twoje szanse na sukces rosną.

Moje aplikacje pokazują mi, jak radzę sobie na tych odcinkach pokonywanych przez siebie tras, jakie zostały zaznaczone jako segmenty przez innych użytkowników. Odkąd ktoś stworzy taki segment, czyli np. zaznaczy podbieg od siebie z domu do warzywniaka albo trasę rowerową praca – dom, aplikacja mierzy czas wszystkim użytkownikom, jacy dotrą od startu do mety. A następnie tworzy ich ranking z podziałem na kategorie płciowe, wiekowe oraz wagowe. Po pokonaniu takiego odcinka i sprawdzeniu wyniku w aplikacji, zyskujesz świadomość własnej kondycji. I oczywiście masz ochotę wypaść trochę lepiej następnym razem.

Co więcej, możesz tworzyć własną listę sportowych znajomych i stale ją poszerzać. Na życzenie aplikacje wyszukują twoich znajomych z Facebooka czy książki adresowej. Możesz też wirtualnie kolegować się z ludźmi, których nie znasz osobiście, ale łączy was sympatia do tego samego sportowca, wspólne trasy biegowe albo grupa czy wyzwanie, jakie razem podjęliście.

Pomiędzy kanapowcami a listonoszami

Obserwowanie wyników sportowych innych ludzi może pomóc, bo to żywy dowód, że innym się chce. W wietrzne, deszczowe albo śnieżne dni niełatwo jest znaleźć w sobie chęć choćby na spacer na dworze. Jeśli jednak zerkniesz na tablice swoich znajomych i zobaczysz, że oni dali radę, trudniej jest ci oszukiwać samą siebie, że „na pewno nie dasz dzisiaj rady”.

Garmin Connect tworzy cotygodniowe wyzwania, w których mierzy, ile kroków zrobiliśmy w danym tygodniu. Jeśli zwykle pokonujesz około 50 000, na początek przypisze cię do grupy użytkowników z podobnymi wynikami. Kto zrobi najwięcej kroków, ten wygrywa. 3 kolejne wygrane oznaczają awans do grupy bardziej aktywnej ruchowo.

Jeśli masz naprawdę dobre tygodnie (na przykład zaliczyłaś kilka długich biegów), możesz trafić do grupy śmierci, jaką ja nazywam „listonosze-maratończycy”. Po tygodniu spędzonym w łóżku ze względu na grypę, spadniesz natomiast do zbioru kanapowców. Oczywiście możesz się tym wszystkim w ogóle nie przejmować i ustawić aplikację w taki sposób, aby nie szeregowała cię ani nie wysyłała powiadomień na ten temat.

Garmin ma też system interesujących odznak, jakie pozwalają ci zdobywać punkty. Na przykład 2 punkty za zarejestrowaną aktywność pływania na otwartych wodach, jeden za zrealizowany cel, jeden za aktywność zarejestrowaną w Nowy Rok, dwa za awansowanie do bardziej aktywnej grupy i tak dalej. Niby nic, ale jeśli masz w sobie żyłkę zbieraczki, to ci się spodoba.

Wejdź na wirtualny Mount Everest

Portret cyklisty, fotografia ok. 1900, źródło: Polona

Aplikacje sportowe dostarczają użytkownikom tyle motywacji, ile potrzebują. Jeśli brakuje ci adrenaliny, możesz podejmować wirtualne wyzwania. Można na przykład uczestniczyć wyścigu na 5 km w Nowym Jorku albo maratonie gdzieś w Azji bez opuszczania swojego miasta. Wystarczy zarejestrować się poprzez aplikację sportową na event, który udostępnia taką możliwość i ścigać się z uczestnikami będącymi na miejscu.

Inna możliwość to podjęcie jednego z wyzwań, jakie co miesiąc oferuje swoim użytkownikom Strava. Można zatem na przykład zapisać się do grupy tych, którzy chcą w ciągu 30 dni pokonać jak najwięcej kilometrów rowerem bądź wbiec na Mount Everest (czyli w ciągu wszystkich biegów z całego miesiąca zebrać w sumie 8848 metrów wspinaczki). Istnieją też grupy dla tych, którzy chcą sprawdzić swoje możliwości w pływaniu albo przebiec półmaraton. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Dziewięciu macho i ja

Jednym z pierwszych tego typu zadań, jakie podjęłam, było wyzwanie rowerowe stworzone przez jednego z moich wirtualnych znajomych na Garmin Connect. „Kto z nas pokona najdłuższy dystans rowerem w ciągu kolejnych 7 dni?” pytał kolega rozsyłając zaproszenie do cyklistów z różnych zakątków Europy. Postanowiłam podjąć wyzwanie, bo w weekend i tak planowałam długi rajd. Mina mi zrzedła, gdy zobaczyłam, z kim przyjdzie mi konkurować. Dziewięciu macho prezentujących na zdjęciach profilowych swoje wspaniałe rowery i jeszcze wspanialsze mięśnie! Postanowiłam, że ucieszę się, jeśli nie będę ostatnia.

Wszyscy zaczęliśmy ostro z kopyta, tu 40 kilometrów, tu 50. Po 3 dniach okazało się, że plasuję w pierwszej trójce, zaraz za Falconem z Hiszpanii oraz Dariem z Włoch. To dodało mi skrzydeł. W sobotę dołożyłam do swojego całkowitego dystansu 150 kilometrów zaplanowanej wycieczki. Wyszłam na prowadzenie w grupie! Domyślałam się, że panowie nie będą chcieli przegrać z kobietą. Szczególnie z taką, która dopiero kilka miesięcy wcześniej wsiadła na rower po dekadach przerwy (wchodząc na profil danego użytkownika, można sprawdzić, jaki całkowity dystans zarejestrował od początku jej używania, o ile udostępnia te dane). Obawiałam się więc, że wykorzystają niedzielę na pokazanie mi, gdzie moje miejsce.

Mimo, że nogi nie podejmowały współpracy ochoczo, tego dnia nie dałam się dogonić. W poniedziałek specjalnie pojechałam rowerem do pracy, przerwę na lunch też wykorzystując na jazdę. Po obiedzie znowu poszłam na rower, bo przecież głupio jest przegrać przed samą metą. Falcon i Dario nie odpuszczali, rejestrując jedną aktywność po drugiej.

– Gratulacje, zajęłaś pierwsze miejsce w wyzwaniu rowerowym utworzonym przez BeniXYZ – powiadomił mnie Garmin mailowo w środowy poranek.

Hurra!

Nie ma jeszcze komentarzy.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.