„Ostatnia żona” to thriller psychologiczny z wieloma interesującymi postaciami kobiecymi w rolach głównych. I jak to zwykle w powieściach Jenny Blackhurst, nic nie jest takie, jak się na początku wydaje.

Tekst: Sylwia Skorstad

fot: Pexels

Anna Whitney, żona zamożnego chirurga plastycznego, dzwoni na policję z informacją, że zraniła męża. Mężczyzna umiera, zanim na miejsce przyjeżdża karetka. Anna przyznaje się do zabójstwa, ale podawane przez nią szczegóły nie pasują do dowodów znalezionych na miejscu przestępstwa. Choć kobieta ma zakrwawione dłonie, na aparacie telefonicznym, z którego dzwoniła po pomoc, nie ma żadnych śladów. Nie zgadzają się też opisane przez nią narzędzie zbrodni ani umiejscowienie niektórych przedmiotów w domu. Wydaje się, jakby ktoś zainscenizował miejsce zbrodni, ale po co, skoro podejrzana zapewnia o swojej winie?

W grupie śledczej zajmującej się sprawą znajduje się detektyw sierżant Rebecca Dance, którą koledzy nazywają „łowczynią prawdy”. Zwykle potrafi poznać, gdy ktoś kłamie. Jest pewna, że Anna Whitney nie zabiła męża, musi to jednak udowodnić.

Kobiety, które kochały Luke’e

W „Ostatniej żonie” spotyka się kilka interesujących postaci kobiecych. Była żona, wdowa oraz była kochanka relacjonują przebieg swoich związków z nieżyjącym chirurgiem plastycznym. Jego obraz jest niejednoznaczny. Przystojny, wykształcony, bogaty, a do tego szarmancki. Jeden z tych mężczyzn, który w deszczowy dzień podbiegnie do nieznajomej kobiety na ulicy, aby służyć jej parasolką. Pod warunkiem, że kobieta jest ładna.

Od jednaj z kobiet czytelnik dowiaduje się, że był czarujący, ale potrafił wywierać dużą presję psychologiczną. Od innej, iż był miłośnikiem niebezpiecznej gry seksualnej opartej na dominacji i angażującej nieświadome swojej roli ofiary. Trzecia kobieta kreśli jego obraz jako kogoś pozornie opiekuńczego, a w rzeczywistości dbającego tylko o własne potrzeby. Wszystkie jednak desperacko pragnęły jego obecności i akceptacji. I wygląda na to, że któraś z nich miała tego tak serdecznie dosyć, że postanowiła zakończyć jego podboje.

Pierwszy taniec detektyw Dance

Część narracji bierze na siebie policjantka prowadząca śledztwo. Choć mogłaby dążyć do szybkiego zamknięcia sprawy, drąży szczegóły, bo nie wierzy potencjalnej zabójczyni. Nie trzeba mieć silnie rozwiniętego poczucia sprawiedliwości, by od razu stanąć po jej stronie i kibicować jej w dotarciu do prawdy.

Rebecca Dance być może powróci w kolejnych powieściach. W wywiadzie dla „Ukcrimebook Club” Blackhurst powiedziała, że tworzenie tej postaci sprawiło jej ogromną przyjemność i nie wyklucza, że będzie chciała do niej wrócić. Daleka od perfekcji detektyw była pomyślana jako postać jak najbardziej autentyczna, w której narrację czytelnik może śmiało uwierzyć. Prawdziwość relacji pozostałych bohaterek można i warto podważać, ale sierżant Dance można śmiało wierzyć na słowo.

Ostatnia żona - okładka

Zwrot, zwrot i… zawrót głowy

W tym thrillerze, jak to zwykle w powieściach Jenny Blackhurst, nic nie jest takie, jak się na początku wydaje. Jeden zwrot akcji goni drugi i kto chce za nimi podążać, ten może dostać zawrotu głowy. Po każdym następnym coraz trudniej połapać w logice wydarzeń. Robi się trochę za dużo zamieszania i zbiegów okoliczności.

„Ostatnia żona” pozostaje zajmującą lekturą, ale nie jest to jedna z tych powieści, która zostaje w pamięci. Po intrygującym początku i dość żwawym rozpisaniu zagadki zmierza tam, gdzie czytelnik zaczyna kwestionować wiarygodność wyborów bohaterek. To kryminał, którym można zabić czas, ale tez bez żalu zapomnieć na siedzeniu w komunikacji miejskiej albo na leżaku.

Jenny Blackhurst , „Ostatnia żona”, Wydawnictwo Albatros

 

 

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.