Kiedyś po udanej randce wystarczało jedno pytanie – „Zadzwoni?”. Dziś pytań jest znacznie więcej. „Dlaczego obejrzał moje stories, ale nie odpisał?”, „Czy mogę napisać pierwsza?”, „Dlaczego odpisał tylko „haha”?”, „Czy serduszko pod zdjęciem coś znaczy?”. Współczesne randkowanie ma własny system znaków, kodów i pół komunikatów. Problem w tym, że nikt nie dostał do niego instrukcji obsługi.

Mateusz-Kraśnicki
Fot: Maciej Zieliński

Telefon miał ułatwić ludziom kontakt. Zrobił coś więcej – sprawił, że do komunikacji weszły setki drobnych sygnałów, których wcześniej po prostu nie było. Dziś nie liczy się wyłącznie to, co ktoś powiedział. Znaczenie może mieć również to, kiedy odpisał, czy wiadomość została wyświetlona, czy polubił zdjęcie i czy jest aktywny w mediach społecznościowych. Randka zaczyna się więc często długo przed pierwszym spotkaniem.

Pierwszy krok ma dziś kilka ekranów

Dawniej pierwszy krok był stosunkowo łatwy do rozpoznania. Ktoś podchodził, zagadywał, prosił o numer albo dzwonił. Dziś zainteresowanie może przyjąć kilkanaście form. Można napisać wiadomość, odpowiedzieć na relację, zostawić reakcję, polubić zdjęcie albo wysłać komuś rolkę. Każdy z tych gestów może coś znaczyć, ale żaden nie daje pełnej pewności.

To zmieniło charakter flirtu. Zainteresowanie coraz częściej nie jest deklarowane, lecz sugerowane. Zamiast „chcę cię poznać” pojawia się reakcja na Instagramie. Zamiast „spotkajmy się” – pytanie o plany na weekend. Zamiast jasnego komunikatu – seria drobnych sygnałów, które druga osoba ma sama połączyć.

„Dziś pierwszy krok nie musi już oznaczać wiadomości czy zaproszenia na spotkanie. Często zaczyna się od reakcji, polubienia albo odpowiedzi na stories. Problem pojawia się wtedy, gdy taki sygnał zaczynamy traktować jak deklarację intencji, choć w rzeczywistości nią nie jest” – wspomina Mateusz Kraśnicki, ekspert ds. komunikacji.

Gen Z flirtuje także przez stories

Dla Gen Z media społecznościowe są naturalnym przedłużeniem codziennej komunikacji. Flirt nie musi zaczynać się od rozmowy. Czasem zaczyna się od obserwowania czyjegoś profilu, reakcji na zdjęcie albo regularnego oglądania stories.

To daje młodym ludziom więcej możliwości niż wcześniejszym pokoleniom. Można zobaczyć, czym ktoś się interesuje, jaki ma humor, gdzie spędza czas. Można jeszcze przed spotkaniem znaleźć wspólny temat albo sprawdzić, czy rzeczywiście ma się ochotę tę osobę poznać.

Jednocześnie pojawia się problem, którego wcześniej nie było, mianowicie nadmiar informacji. Jeśli wiadomo, że ktoś był online, łatwo zacząć zastanawiać się, dlaczego nie odpisał. Jeśli obejrzał relację, ale nie zareagował, można doszukiwać się w tym znaczenia. Technologia pokazuje aktywność drugiej osoby, ale nie pokazuje jej intencji. „Wyświetlono” jest faktem. „Stracił zainteresowanie” to już interpretacja.

„To, że ktoś obejrzał stories, był online albo polubił zdjęcie, mówi nam coś o jego aktywności, ale jeszcze nic pewnego o jego intencjach. Najgorszym rozwiązaniem jest, gdy z faktów zaczynamy budować własne interpretacje”  – dodaje Mateusz Kraśnicki.

Dawniej czekano na telefon. Dziś czeka się na odpowiedź

Pod tym względem poprzednie pokolenia miały paradoksalnie mniej powodów do stresu. Jeśli ktoś nie odbierał telefonu, nie było wiadomo, co robi. Nikt nie widział, że pięć minut wcześniej opublikował zdjęcie albo był aktywny na komunikatorze.

Dziś telefon sprawił, że czekanie stało się bardziej konkretne. Wiadomo, że wiadomość dotarła. Czasami wiadomo również, że została przeczytana. Pojawia się więc pokusa mierzenia zainteresowania czasem odpowiedzi.

Tymczasem szybkość odpisywania nie jest uniwersalnym językiem uczuć. Jedna osoba odpowiada natychmiast, inna po kilku godzinach, nawet jeśli obie są równie zainteresowane. Problem zaczyna się wtedy, gdy czas odpowiedzi zostaje potraktowany jako ważniejszy niż sama treść rozmowy.

„Czas odpowiedzi bardzo łatwo pomylić z poziomem zainteresowania. Tymczasem znacznie więcej mówi o nim jakość rozmowy, zaangażowanie i to, czy druga osoba rzeczywiście podtrzymuje kontakt. Nie zawsze szybka odpowiedź oznacza większe zainteresowanie, podobnie jak dłuższe oczekiwanie nie musi oznaczać braku zainteresowania – o jakości relacji znacznie więcej mówi sposób prowadzenia rozmowy i realne zaangażowanie obu stron” – tłumaczy ekspert.

„Nie odpisuj za szybko”

Współczesne randkowanie ma jeszcze jeden paradoks – im łatwiej się komunikować, tym więcej zasad powstaje wokół komunikacji. Nie odpisuj od razu. Nie pisz dwa razy. Nie pytaj za dużo. Nie pokazuj, że ci zależy. Zostaw przestrzeń. Poczekaj, aż druga osoba wykona następny ruch.

W efekcie rozmowa może zacząć przypominać partię szachów. Każda wiadomość jest ruchem, a zainteresowanie mierzy się tym, kto wykona kolejny. Szkoda tylko, że w takiej grze łatwo zgubić jej najważniejszy element – poznawanie drugiego człowieka. Zamiast słuchać, co ktoś naprawdę mówi, można zacząć analizować, dlaczego napisał akurat teraz i dlaczego użył konkretnego emoji. A przecież wiadomość nie musi być strategią. Może być po prostu wiadomością.

„Kiedy zaczynamy kalkulować, po ilu minutach odpisać czy napisać drugi raz i kto powinien wykonać kolejny ruch, przestajemy skupiać się na rozmowie. Zamiast poznawać drugą osobę, zaczynamy zarządzać własnym wizerunkiem, a to jest najgorsze rozwiązanie. Warto więc zamiast szukać „właściwego” momentu na odpowiedź, skupić się na tym, czy rozmowa jest naturalna, wzajemna i daje obu osobom przestrzeń na poznanie się” – podkreśla Mateusz Kraśnicki.

Czy dawniej było łatwiej?

Nie do końca. Wcześniejsze pokolenia miały mniej możliwości poznawania ludzi. Trudniej było nawiązać kontakt z kimś spoza własnego środowiska, a odrzucenie oznaczało często utratę jednej konkretnej szansy. Dziś wystarczy kilka przesunięć palcem, aby pojawiła się kolejna osoba.

To ogromna wygoda, ale również pułapka. Jeśli możliwości wydają się nieskończone, łatwiej zrezygnować z relacji, która nie daje natychmiastowego efektu. Jedna nudniejsza rozmowa może oznaczać powrót do aplikacji i poszukiwanie kogoś następnego.

„Dziś łatwiej kogoś poznać, ale jednocześnie znacznie łatwiej zrezygnować z relacji. Kiedy kolejna osoba jest dosłownie kilka kliknięć dalej, trudniej dać szansę znajomości, która nie zachwyciła nas od pierwszej rozmowy. Coraz częściej oczekujemy natychmiastowego efektu i szybkiego potwierdzenia, że warto w tę relację inwestować, zamiast pozwolić jej rozwijać się w swoim tempie” – mówi ekspert.

Najbardziej atrakcyjny komunikat może być najprostszy

W świecie pełnym porad dotyczących randkowania łatwo uwierzyć, że istnieje idealny sposób pisania. Nie ma. Nie istnieje odpowiednia liczba minut, po której należy odpisać, ani wiadomość gwarantująca zainteresowanie.

Najważniejsze pozostaje to, co w komunikacji było ważne również przed erą smartfonów – wzajemność, zainteresowanie, uważność i jasność intencji. Można korzystać z aplikacji, reagować na stories i wysyłać sobie memy, ale prędzej czy później trzeba przejść od cyfrowych znaków do prawdziwej rozmowy.

„Najbardziej atrakcyjna komunikacja nie musi być najbardziej błyskotliwa. Często jest po prostu jasna, naturalna i nie zmusza drugiej osoby do ciągłego zgadywania naszych intencji. Bo być może największym paradoksem współczesnego randkowania jest właśnie to, że nigdy nie było łatwiej dotrzeć do drugiego człowieka, a jednocześnie nigdy nie było tak łatwo pomylić dostępność z bliskością” – podkreśla Mateusz Kraśnicki, ekspert ds. komunikacji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.