Natalia Kwiatkowska, wokalistka i autorka tekstów zespołu Cheap Tobacco, o emocjach, zarówno w życiu, jak i na najnowszej płycie „Wschody i zachody”, mówi wprost. Podkreśla, jak ważne jest stanie po swojej stronie, a rozstania, choć bolesne, mogą nauczyć nas prawdy o nas samych – jeśli tylko pozwolimy sobie na przeżycie emocji.

Cheap Tobacco

Julia Staręga: Natalio, w tym roku Cheap Tobacco obchodzi swoje 16-lecie. Co na przestrzeni tego czasu się w was – zespole i waszej muzyce – zmieniło?

Natalia Kwiatkowska: Powiedziałabym, że z jednej strony wszystko, a z drugiej strony nic. Zaczynaliśmy jako ludzie, którzy nie mają pojęcia o tym, co robią, po prostu bawiliśmy się muzyką. Było w nas wielkie pragnienie grania koncertów i dzielenia się naszą twórczością z innymi. To ono nas napędzało i powodowało, że cały czas byliśmy na wysokich obrotach. Wydawaliśmy kolejne płyty, stawaliśmy się coraz bardziej doświadczeni, jeśli chodzi o proces tworzenia czy zasad funkcjonowania zespołu niezależnego, dziś mamy również super zaplecze sprzętowe. Natomiast tym, co w nas zostało, co się nie zmieniło, jest pewnego rodzaju pierwotność. Rozumiem przez nią ogromną miłość do tego, co się robi. Niezależnie, czy słuchają nas miliony, czy nie, granie dla ludzi jest dla nas jak powietrze. Bez tego ani rusz.

J.S.: Wasza muzyka ewoluowała na przestrzeni lat. Drugi album „Szum” jest wypełniony dusznym, gęstym bluesem. Gdy po raz pierwszy go usłyszałam, pomyślałam – takiej muzyki w Polsce brakuje! Od ostatniej płyty odważnie wkroczyliście w świat pop-rocka. Dlaczego nie szliście bluesową drogą?

N.K.: My właściwie nigdy za bardzo nie utożsamialiśmy się z żadnym gatunkiem muzycznym. Zaczynaliśmy naszą drogę w środowisku bluesowym, ta muzyka miała wpływ na naszą twórczość i naturalnie byliśmy do niej przypisywani. Natomiast zawsze od niej nieco odstawaliśmy, byliśmy brzydkim kaczątkiem bluesa. Niejednokrotnie jurorzy na konkursach kłócili się o nas. Jedni mówili: „oni nie grają bluesa”, „nie mogą wygrać tego konkursu”, a drudzy oponowali „przecież są świetni, powinni wygrać”. Takie rzeczy działy się cały czas. Tak naprawdę płyta wydana własnym sumptem przed „Szumem”, czyli „Promises of Tomorrow”, była najbardziej zbliżona do bluesa, choć gdy słucham jej dziś, powiedziałabym, że bliżej jej do jakiegoś rodzaju psychodelicznego rocka. Zawsze graliśmy to, co podpowiadało nam serce. Dlatego nasze płyty się zmieniają, przy czym nigdy nie wynikało to z podtekstu „grajcie pop, bo z bluesem nie zrobicie kariery”. Miałam marzenie, by Cheap Tobacco było po prostu Cheap Tobacco, bez gatunkowania.

J.S.: Jakie w takim razie jest Cheap Tobacco?

N.K.: Cheap Tobacco jest dobre. I z pewnością jest szczere w tekstach. Mówię tu za siebie, ale wierzę, że chłopaki również piszą z serca. A co idzie z serca, jest zawsze prawdziwe.

J.S.: Nowa płyta „Wschody i zachody” szczerością kipi. Rozkładacie emocje na czynniki: jest tu o nadziei, gotowości do działania, ale też niezgodzie i rozgoryczeniu. Udało wam się zmieścić cały wachlarz tych stanów w niezwykle przystępnej, spójnej pod względem narracji formie.

N.K.: To jest niesamowite. Za każdym razem, kiedy płyta zaczyna powstawać, to wydaje ci się, że wszystkie utwory są zupełnie inne i niepasujące do siebie. I dopiero jak już złożysz je w całość, to nagle okazuje się: „kurczę, tu jest opowieść”. Tak, jakby energia podczas tworzenia wiedziała wcześniej, że to się zlepi. Kocham ten element zaskoczenia, choć szczerze na początku byłam przerażona i myślałam, że wszystko jest z innej bajki. Bardzo mnie cieszy, że to zauważyłaś. 

J.S.: Płyta opowiada o relacjach: z tymi, którzy byli kiedyś bliscy, a teraz są dalecy, a także o tej jednej z najważniejszejszych: z samym sobą. Czy i w tym, jak w większości artystycznych przypadków, źródłem inspiracji było życie?

N.K.: Tak, podstawą pod napisanie tekstów na tę płytę były osobiste doświadczenia wokalistki, Natalii Kwiatkowskiej, czyli mnie (śmiech). Zakończyłam bardzo długi, dobry i bliski związek. Rozstałam się nie z braku miłości, tylko dlatego, że ta miłość już nie wystarczała. Po rozstaniu przechodziłam przez bardzo różne stany. Chyba nigdy wcześniej w życiu nie pozwoliłam sobie na tak świadome i uwalniające przeżywanie go, jak teraz. Te stany się zmieniały, zmieniał się również mój stosunek do tej osoby. Zaczęłam to obserwować i miałam poczucie, że jest dokładnie tak, jak powinno być. Ludzie powinni przeżywać i dopuszczać do siebie emocje. To bardzo ważne, żeby ich nie negować. Jeśli ich nie przerobimy, wysoce prawdopodobne, że w przyszłości wejdziemy w podobne, niesprzyjające układy. Żeby poradzić sobie z tym, co czuję, chciałam przeprowadzić słuchaczy przez każdy z tych stanów i zobaczyć, jak oni je odbiorą. Wierzę w to, że my jako ludzie, mamy bardzo podobne potrzeby i pragnienia, bolą nas podobne sprawy, mimo że na co dzień zakładamy różne maski. Mam nadzieję, że moje teksty trafiają do osób, które czują podobnie do mnie.

fot. konewkastudio

J.S.: W utworze „Serce” dajesz upust tym emocjom, gdy śpiewasz „serce mi pękło na pół kolejny raz”. Ból i rozczarowanie są potrzebne?

N.K.: Myślę, że tak. Ta płyta jest o przejściu przez szereg emocji: przez ból, o którym śpiewam w „Sercu”, ale też przez poczucie wdzięczności za to, co było, jak słychać to w „Co u Ciebie”. Myślę, że to ważne, by z wdzięcznością i serdecznością spojrzeć na człowieka, który był w naszym życiu. To bogactwo być z kimś, nawet przez chwilę i poznać go bliżej. Nawet jeżeli to się skończyło.

J.S.: Temat podnoszenia się po zakończonej relacji i układania z myślami kontynuujesz w „Bez słów”.

N.K.: Relacje mają różne formy. „Bez słów” to piosenka o kimś, kto – choć jest mi dość obcy i pojawił się tylko na moment – jest ważny w moim życiu. Odcisnął się w nim mocno i wpłynął na moje postrzeganie świata. Z kolei piosenka „Backdoor” mówi o wyniszczających nas autosabotujących schematach, które mamy w sobie i przez które ponownie znajdujemy się w sytuacjach, które nam nie służą. Ważne jest zauważenie schematu i swojej relacji z nim, to podstawa zmiany.

J.S.: Podobnie jak uwalnianie emocji. Weźmy na przykład energiczną, rozpędzoną gitarowo piosenkę „A co jeśli”. Pokazujesz w niej, że smutki można wyśpiewać z odwagą i mocą.

N.K.: Czasami, gdy rozmawiasz z przyjaciółkami, z siostrą, z mamą, z kolegami, wszyscy mówią „daj sobie spokój, sama sobie to robisz”. A ty zadajesz sobie pytanie – dlaczego mam dać sobie spokój? Stąd ten przekorny wers: „a co, jeśli jeszcze trochę mi się tęskni?”. Jeżeli jest we mnie potrzeba tęsknoty za kimś, to kurczę, będę tęsknić. Najwyraźniej tak ma być, że muszę to jeszcze przeżyć.

J.S.: Wspólnie z zespołem Cheap Tobacco sprawnie przeprowadzasz słuchacza przez kalejdoskop zdarzeń i przeżyć, które prowadzą do zrzucenia ciężaru – płytę zamyka pocieszające, lekkie „Biegnij ze mną”.

N.K.: To dość symboliczne, że zajmuje ona ostatnie miejsce na płycie. Gdy układaliśmy tracklistę, doszliśmy do wniosku, że jest najlepsza na to miejsce. Po tym cyklu przejścia, w którym kotłują się smutek, złość, niezrozumienie i wiele pytań, nastąpiło ocieplenie, pojawił się męski, dopełniający całości głos Huberta Gasiula (hugo), wieloletniego perkusisty zespołu Wilki. Od niedawna zaczął śpiewać samodzielnie, więc postanowiliśmy, że zaprosimy go do wspólnego nagrania. Myślę, że ocieplił tę piosenkę i dodał jej pełni. „Biegnij ze mną” jest o akceptacji i nowym początku. Gdy serce uporządkuje to, co bolesne, jest gotowe na coś nowego i otwiera się ponownie. Wiadomo, że im więcej mamy na nim rys i pęknięć, tym trudniej zaufać, ale myślę, że to możliwe.

J.S.: Chciałabyś tą płytą zachęcić słuchacza, by wejrzał w siebie?

N.K.: To bardzo ładne pytanie. Chciałabym. Staram się pisać prostym językiem. To chyba piosenki dla tych, którzy są gotowi je przyjąć. Oczywiście, myślę, że to marzenie każdego artysty, by jego twórczość otwierała pozamykane drzwi, szuflady. By wyciągała na światło to, co poukrywane w ciemnościach. Zauważam, że to działa, szczególnie po koncertach, gdy niektórzy podchodzą i mówią, jak te piosenki są dla nich ważne. To dla artysty największy skarb.

J.S.: Wspomniałaś wcześniej o maskach, które każdy z nas zakłada. W piosence „Paranoja”, śpiewasz: „Tutaj każdy z nas ma nie swoją twarz” i „Dziewczyna w tym wieku ma być racjonalna i zimna”. Chodzi o próbę dopasowania się do świata, który ciągle czegoś od nas wymaga?

N.K.: Wręcz odwrotnie. To jest niezgoda na to dopasowanie. Na to, że ktoś ustalił, że pewnych rzeczy w pewnym wieku nie wypada lub nie należy. Absurd. Powoduje to nacisk i wywołuje w człowieku poczucie winy, jeśli ich nie spełnia. Bo idąc za tymi „normami”, kobieta w moim wieku powinna się zachowywać „odpowiednio”, być racjonalna, zimna. Najlepiej się nie wychylać, udawać. Ja się na to nie godzę. Dzisiaj każdy z nas jest przytłoczony oczekiwaniami i wymaganiami społecznymi. Tym, jaki ma być, a jaki niekoniecznie. Co wypada, a czego nie. Wszyscy jesteśmy podłączeni do źródła tych samych informacji, a to obciąża. To trudne, żeby mimo wszystko realizować się po swojemu. Widzę pewną zależność: jeśli jakiś artysta wypuści utwór i on wypłynie szerzej, nagle pojawia się jego mnóstwo naśladowców: podobne są linie melodyczne i wokal. Obserwując to, zastanawiam się, dlaczego ludzie tak robią. Trochę tak, jakby chcieli, żeby ich praca wpasowała się w kanony, w myśl reguły: skoro u kogoś to zadziałało, to i u mnie też się sprawdzi. Tylko, że to tak nie działa. Od zawsze wiadomo, że pionierzy idą niewydeptaną ścieżką.

J.S.: My, kobiety, jesteśmy szczególnie wrażliwe na krytykę. Coraz częściej słusznie nie kryjemy złości, gdy ktoś próbuje wbrew nam zamknąć nas w pudełku i dokleić etykietę: „bądź jakaś”. W branży muzycznej to tym bardziej dotkliwe?

N.K.: Myślę, że gdy ktoś zaczyna występować, podstawą jest, żeby przepracować radzenie sobie z krytyką. Gdybym miała doradzać młodej wokalistce, która jest na początku swojej drogi, powiedziałabym: totalnie się nie przejmuj, miej w nosie, co mówią ci, którzy chcą podciąć ci skrzydła i śpiewaj swoje. Mnie nikt tego nie powiedział, a szkoda, bo przez lata musiałam sama zdobyć to doświadczenie. Zawsze miałam w sobie wewnętrzny opór i nie godziłam się na pewne pomysły. Z perspektywy czasu widzę, że ten opór mnie uratował. W „Paranoi” pojawia się wers, który uwielbiam, czyli „niejedna już płonęła na stosach niezrozumienia”. Nawiązanie do czarownic jest tu oczywiste.

Płonęły wiedźmy – czyli te, które wiedziały. Mam wrażenie, że często, mimo że intencja kobiety jest dobra, zostaje opacznie zrozumiana i przypisywane są jej złe zamiary. Choć interesują mnie mężczyźni, to kocham kobiety oraz bliskość i ciepło, które potrafią stworzyć między sobą. Dlatego tym trudniej wyobrazić sobie, że można próbować spalić je na metaforycznym stosie i im ujmować.

Myślę, że jeśli ktoś krytykuje – i nie mówię tu o krytyce konstruktywnej, która przecież się przydaje i służy rozwojowi – to kieruje się strachem przed mocą i mądrością tej osoby, którą krytykuje.

Cheap Tobacco

J.S.: Jakie macie plany koncertowe na najbliższy czas?

N.K.: W marcu ruszamy w trasę, w planach między innymi Toruń, Gdynia, Warszawa, Elbląg, Łask, Włoszczowa, Gliwice, Wrocław, Bolesławiec, Kraków Zapraszam na nasze social media – Instagram, na Facebook, oficjalną stronę. Tam są wszystkie informacje. Oczywiście, polecam również koncerty, bo nie ma nic wspanialszego niż muzyka na żywo.

 

 

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.