Maria Wądołowska, znana jako HELA ME RY, to wokalistka, autorka tekstów i kompozytorka z wykształceniem socjologicznym, która ze świata opery zwróciła się ku barwnemu, alternatywnemu popowi. Potrafi trafnie oddać absurdy codzienności w charakternych piosenkach. Słowami „Jestem człowiekiem, a nie zupą pomidorową” zapowiada najnowszy album, który ukaże się jesienią.

Julia Staręga: Mieszkałaś i studiowałaś przez jakiś czas we Francji. Francuska kultura chwyciła cię za serce?
HELA ME RY: Mieszkałam w Lyonie dziesięć lat temu, gdzie przez dwa lata studiowałam śpiew klasyczny. W Lyonie miałam do czynienia głównie ze sceną muzyki klasycznej i jazzowej. Słuchałam piosenek Gainsburga, lubiłam Vanessę Paradis i różne francuskie utwory od lat 60. do 90. Współczesny francuski pop również jest świetny – sarkastyczny, ironiczny, wypracował to właśnie Gainsburg.
Julia: Choć masz wykształcenie klasyczne, zwróciłaś się ku muzyce popowej. Nie było ci po drodze z operą?
HELA ME RY: Szłam z operą jedną drogą przez 12 lat, zaczęłam się uczyć śpiewu klasycznego w liceum, kontynuowałam naukę na studiach we Francji i w Warszawie. W pewnym momencie stwierdziłam, że mam dosyć. Nie wydarzyło się to z dnia na dzień. Równolegle pisałam swoje piosenki. Mniej więcej już na magisterce wiedziałam, że ta twórcza droga zdecydowanie bardziej mnie kręci, ale mimo to musiałam skończyć studia, ciążyła na mnie presja rodzinna. Dziś miewam momenty, w których dopada mnie chęć śpiewania operowo, ale gdy wyobrażam sobie, że miałabym iść na przesłuchanie, a potem stresować się tym, czy dobrze wykonuję jakąś trudną wokalizę, to nie chcę ponownie przez to przechodzić.
Julia: To kwestia mniejszej swobody pod kątem ekspresji?
HELA ME RY: Tak, to na pewno. Arie operowe są już napisane, jest w nich pole do interpretacji, ale stosunkowo wąskie. Poczułam, że po pierwsze to dla mnie za mało, a po drugie, że ta interpretacja zamyka się w ramach różnych teorii. Trzeba być bardzo uważnym na to, by zaśpiewać zgodnie z wytycznymi, bo na przykład inwencja twórcza mogłaby być uznana za niestylową.
Julia: Jak wykształcenie klasyczne pomogło ci w dalszej karierze muzycznej?
HELA ME RY: Myślę, że na pewno rozwinęło mój słuch. Obcowałam z różnego rodzaju muzyką, tą najwcześniejszą i najpóźniejszą. Chodziłam na zajęcia z muzyki elektronicznej na innym wydziale i starałam się rozwijać w różnych kierunkach. Myślę, że dziś jestem zlepkiem tego, co wtedy muzycznie przewijało się w moim życiu.
Julia: Jesteś w stanie wskazać, który gatunek muzyczny wpłynął na ciebie najbardziej?
HELA ME RY: Przez całe życie słuchałam bardzo różnej muzyki. Jako dziecko obracałam się w kręgach popu, później rocka i metalu. Pop w ogóle ukształtował we mnie miłość do łatwo wpadających w ucho melodii. Takich, które mogę zapamiętać, a potem zaśpiewać w głowie z przyjemnością. Tym kieruję się w moich teraźniejszych kompozycjach.
Julia: W twoich utworach słychać też feministyczne, buntownicze zacięcie. Polski rock i punk miały w tym swój udział?
HELA ME RY: W latach 2000., czasach mojego gimnazjum, słuchało się Kobranocki, Pidżamy Porno, polskiego hip-hopu, tego, co kontestowało rzeczywistość. To były również czasy krytycznego spojrzenia na świat. Gdy włączyłaś na przykład radio Wawa i słyszałaś utwory Myslovitz, to skłaniały cię one do myślenia. Takie rzeczy zostają w człowieku. Wydaje mi się, że obecnie w mainstreamie jest bardzo mało głośnej niezgody. Może generalizuję, ale mam wrażenie, że dziś większość stara się odurzyć pozytywnością. Nawet, jeżeli piosenki są smutne, to snują się po powierzchni.
Julia: Myślisz, że ta niezgoda, szczególnie kobieca, powinna być mocniej zaznaczona?
HELA ME RY: Myślę, że niezgoda to ważna część piosenkarskiej spuścizny i szkoda, że nie ma jej już w mainstreamie. Mam kilka teorii, czemu tak jest.
Julia: Ty z kolei odważnie wychodzisz temu na przekór i nie obawiasz się dosadności. W utworze „Disco YOLO” nawiązujesz do wydarzeń, które miały miejsce w Polsce w ostatnich 10 latach.
HELA ME RY: Gdy pisałam ten tekst, bardzo przeżywałam ówczesną sytuację polityczną, to był czas pandemii, czarnych protestów i niejasnych sygnałów dotyczących tego, co się dzieje wokoło. Byłam wtedy również chwilę przed obroną dyplomu na Akademii Muzycznej i zastanawiałam się, czym będę zajmować się po studiach. Złościłam się na to, że kultura została zepchnięta na drugi plan. Pojawiło się wiele niewiadomych, a w związku z nimi narastająca frustracja na sytuację społeczną i życiową, którym musiałam dać upust.
Julia: Lubisz skłaniać odbiorców do krytycznej oceny rzeczywistości?
HELA ME RY: Raczej lubię wkładać kij w mrowisko, żeby sprawdzić, co się wydarzy. To chyba część mojej złośliwej natury.
Julia: Stąd pomysł na hasło „Jestem człowiekiem, a nie zupą pomidorową”, którym opisujesz swój nadchodzący album?
HELA ME RY: W ten sposób zaznaczam, że nie będę się dopasowywać za wszelką cenę. Nie jestem zupą pomidorową, by każdy mnie lubił, a człowiekiem, który ma swoje zdanie i z którym nie każdy musi się zgadzać. Choć mam cięty sposób ekspresji, to myślę, że nie jestem w tym okrutna.
Julia: Złośliwość nie popłaca?
HELA ME RY: Myślę, że jako millenialsi byliśmy przez media wychowywani w kulturze złośliwości. Gdy byłam dzieckiem, to za najfajniejszą osobę w polskim show-biznesie uchodził między innymi Kuba Wojewódzki. To było cool, żeby powiedzieć coś komuś dosadnie, wbić szpilę i zdemaskować rozmówcę. Z dzisiejszej perspektywy uważamy, że to wcale nie było odpowiednie, bo była to forma przemocy psychicznej i oznaka dziaderstwa, to mam poczucie, może subiektywne, że w moim pokoleniu osadził się ten sposób narracji. Chciałabym się z niego wyrwać, bo zdaję sobie sprawę, że w dłuższej perspektywie negatywne myślenie o świecie nie przynosi mi nic dobrego.
Julia: W piosenkach pokazujesz także świat z kobiecego i feministycznego punktu widzenia. W singlu „Niebo” śpiewasz: „Już nigdy nie będziesz ich godna, swobodna i modna, choć płodna to skromna”.
HELA ME RY: Gdy pisałam tę piosenkę, myślałam o ludziach, którzy decydują o tobie, takich jak przedstawiciele władzy, twoi rodzice, twój szef w pracy lub ktoś, kto ci się podoba. Innymi słowy: o każdej osobie, której swoim postępowaniem i postawą próbujesz coś udowodnić. W czasie pisania tego tekstu mocno przeżywałam to, jak ciężko się przebić w branży muzycznej.
Julia: Zaintrygował mnie również popkulturowy melanż w piosence „Niebo”. Zestawiasz w niej produkcje Vegi z kulturą wysoką i operą Giacoma Pucciniego. Lubisz mieszać konwencje?
HELA ME RY: Mam wrażenie, że obecnie żyjemy w świecie papki. Granice się zacierają, trochę nie wiadomo, co jest kulturą wysoką, a co niską. Jest też takie pojęcie, jak „kulturalny wszystkożerca” i wydaje mi się, że ja i większość moich znajomych nimi jesteśmy, po prostu chłoniemy to, co dzieje się wokół nas. Nawiązania do produkcji Vegi, o których mówisz, mają podkreślić to, że, żyjemy w uniwersum absurdu. Wyobrażamy sobie wspaniały świat, wyrastamy na pięknych romansach i literaturze, w szkole każą nam czytać „Dziady” pana Mickiewicza, a kończy się na tym, że oglądamy w telewizji produkcje wątpliwej treści i jakości, a nasze życie coraz mniej przypomina takie, o jakim marzyliśmy.
Julia: W teledyskach perłowy kicz lat osiemdziesiątych łączysz z kolorowymi, graficznymi ujęciami i światem widzianym przez lynchowską soczewkę. Skąd w tobie chęć wyrażenia siebie w ten sposób?
HELA ME RY: Te trzy klipy, o których powiedziałaś, czyli „Cztery pory i ser”, „Niebo” i „M. Butterfly” powstały w różny sposób. Gdy myślę o klipie, najpierw myślę o utworze, a w post produkcji staramy się połączyć wszystkie elementy. Nie prowadzi mnie żadna sztywna konwencja. Wiem, że nie lubię hiperrealizmu, podobają mi się oniryczne ujęcia, w których nie do końca wiadomo, o co chodzi. Przypominają mi ekran telewizora, z którym dorastaliśmy i to, jak wtedy wyglądał świat. Gdy w 2020 pracowaliśmy z moim chłopakiem nad „Czterema porami…”, najważniejszy był dla nas budżet, miało być tanio (śmiech), ale nie chcieliśmy uciec przy tym w kiczowatość. Zależało nam na artystycznym wydźwięku całości. Lynchowska estetyka najzwyczajniej cieszy moje oko, dlatego po nią sięgnęłam. W „Niebie” z kolei sięgnęłam po mój ulubiony mockument „What do we do in the shadows” i nagraliśmy to w tej konwencji. „M. Butterfly” to klip, który miał opierać się na zaburzonej perspektywie w obrazku – wszystko działo się na leżąco, to był pomysł Bartka i Poliny, naszej reżyserki. Zawsze myślimy o jakimś wytrychu, który sprawi, że minimalistyczna forma będzie atutem.
Julia: Dlatego też w klipie „Cztery Pory i Sery”, razem z gigantycznymi serami krążącymi na ekranie, pojawiają się przebitki z filmikami z twoich lat dziecięcych?
HELA ME RY: To piosenka o dzieciństwie, więc te nagrania naturalnie wpisywały się w klip. W pewnym momencie wielu mainstreamowych artystów kręciło teledyski z footage’em ze swoich najmłodszych lat. Nie jestem pewna, czy wtedy myślałam o realizacji tego, by być częścią trendu, po prostu szłam za pomysłem, który pojawił się w mojej głowie.

Julia: Kolejne kulinarno-restauracyjne odniesienia zawierasz w najnowszym singlu „Makaron”. Parmezanowy sos wychodzi z kieszeni, a drogi makaron staje się randkową walutą. To kąśliwy opis „Warszawki”?
HELA ME RY: Wspólnie z Michałem, moim producentem, poszliśmy do restauracji, w której serwują naprawdę drogie makarony. Strasznie lubię to miejsce, jest ładne w środku i ma pyszne jedzenie. Tam narodził się pomysł na tę piosenkę. Siedzieliśmy przy stoliku i pomyśleliśmy, że ledwo przędziemy, ale bardzo chcemy zjeść ten makaron za 45 zł i choć przez chwilę poczuć się luksusowo. Jak królowie życia, którzy co najmniej dostali Grammy, a nie ci, którzy w ciągu dnia siedzą w studiu o wyglądzie i wielkości dziupli. „Makaron” jest o potrzebie „bycia kimś” w dorosłym świecie i życia na poziomie, choć jest to trudne, a życie okazuje się nieprzewidywalne, o czym nie uczyli nas w szkole, szykując nas na wspaniałą przygodę otwartych granic. Gdy już powąchaliśmy ten zachód, okazało się, że dostaliśmy coca-colę zero itd. itp., a nie dostaliśmy zwykłego instruktarzu, jak żyć w tym nowym-późnym kapitalizmie przepełnionym chaosem i poczuciem bezsensu. Stąd tak wiele w tej piosence przypadkowych, niepowiązanych ze sobą scenek. Najpierw jest o makaronie, potem o drożyźnie, o Coca-Coli, kapuczinie z Nero i o Tamagotchi. O abstrakcyjnych sytuacjach, które spotykają nas na ulicy podczas spaceru, gdy ktoś chce ci coś sprzedać, zaprosić cię do knajpy, a gdy mu odmawiasz, to grozi ci wycięciem nerki (to prawdziwa historia). To absurdalne i jednocześnie wpisuje się w obraz dużego miasta, w którym nigdy nie wiesz, co cię zaskoczy.