Modelka Kamila Kalińska opowiada nam o swojej ścieżce kariery i o dwóch życiowych pasjach, jakimi są joga i podróże. 

Rozmawiała: Joanna Zaguła

zdjęcie: Zuza Krajewska dla Salon Expert Loreal Polska

Dlaczego mówisz, że jesteś „bezrobotna” i co to znaczy?

W takim jestem teraz momencie swojego życia. Słowo „bezrobotny” to taki żart. Jest zupełnie nieadekwatne do mojej sytuacji, ale rzeczywiście nie mam w tym momencie tej bezpiecznej, stałej pracy. Pracowałam praktycznie od 14. roku życia, od kiedy miałam świadomość, że mogę mieć swoje pieniądze. Mam 2 ręce, 2 nogi głowę na karku i mogę coś z tym zdziałać. Angażowałam się w najróżniejsze rzeczy, od mycia okien na budowie, rozdawania ulotek, pracy przy targach. Z racji tego, że jestem wysoka i szczupła, to miałam tę szansę, że w wieku 14 lat ktoś z branży modowej mnie dostrzegł, zaproponował przyjście do agencji modelek i nawiązanie z nią współpracy. 

Marzenie wielu dziewczynek, prawda?

Tak wyglądały moje pierwsze kroki. Jak teraz sobie myślę, w jakim jestem punkcie życia, wracam do tamtego momentu, kiedy miałam 14 lat i wiele rzeczy, które teraz dzieje się w moim życiu, jest spełnieniem marzeń. Oczywiście nie marzyłam o tym, żeby być bezrobotna (śmiech), ale marzyłam o licznych podróżach, o tym, żeby było mnie na nie stać, żebym mogła to robić niezależnie od wszystkiego. Żeby pozwoliło mi na to zdrowie.

Czym zajmujesz się w tej chwili?

Po kilkunastu latach pracy w korporacjach wróciłam do modelingu, ale głównie mam tu na myśli reklamy TV.  Bez ciśnienia, przygotowywania się dzień w dzień na to, nastawienia wyłącznie na to. Lubię odgrywać role, być zauważoną przez reżysera, poznawać ciekawe, inspirujące osoby. A drugim filarem jest joga. Prowadzę indywidualne, prywatne zajęcia z jogi. Zazwyczaj są to zajęcia indywidualne albo maksymalnie w 3-osobowych grupach. Moimi głównymi uczennicami są kobiety, aczkolwiek mężczyźni też się zgłaszają. Moim trzecim „dzieckiem”, które urodziło się w głowie na początku tego roku, jest taki projekt start-up’owy, ukierunkowany na kobiety, z myślą o nich i przez nie tworzony. Nie chciałabym jednak na razie za bardzo zdradzać szczegółów. 

A chociaż trochę?

Złożyłam teraz wniosek o dofinansowanie do dużego akceleratora biznesu. Współpracuję z osobami odpowiedzialnymi za nowe technologie i… uczę się szycia i projektowania bielizny.

Jaka to będzie branża? 

Będzie to „stary temat” odświeżony w oparciu o nowe technologie. Mogę zdradzić tylko, że dotyczy on damskiej bielizny. 

Zdjęcie: archiwum prywatne 

Opowiedz, proszę, więcej o jodze. Jak do tego doszłaś? Przemiana? Wyjazd do Indii i powrót jako nowa osoba? 

Wszystko zaczęło się 11 lat temu. Byłam wtedy w rozkroku życiowym. Skończyłam studia, zaczęłam fajną pracę, wydawało mi się, że wszystko się rozwija, ale cały czas coś mną miotało, bo wewnętrznie czułam, że chcę czegoś więcej i że to jest tylko taki przejściowy moment. Nic specjalnie jednak z tym nie robiłam, oprócz tego, że podróżowałam dzięki modelingowi. To powodowało u mnie frustrację i być może nie depresję, ale po prostu miałam doła. Jestem też człowiekiem, który raczej za dużo myśli. I to jest bardzo kobiece. Ale ja mam wrażenie, że czasami mam taki mętlik w głowie, że analizuję wszystko i jest to często bardzo zgubne. I wolałabym czasem być jak mężczyźni, zero-jedynkowi, żeby nie widzieć tych wszystkich odcieni szarości. 

Jak sobie z tym poradziłaś?

Moja koleżanka z Wrocławia zabrała mnie wtedy na pierwsze zajęcia z jogi. Ja na początku stwierdziłam, że nie chcę na to iść, że to jest jakaś sekta i że to nie dla mnie. Wcześniej uprawiałam akrobatykę przez kilka lat, skakałam na ścieżce, byłam raczej rozwinięta fizycznie i rozciągnięta. Więc pomyślałam: Joga – co ona mi może jeszcze dać? Przyjdę, pokażę, co potrafię i wyjdę. Ale z drugiej strony byłam tego ciekawa. Pierwsze zajęcia trochę mnie śmieszyły, dostałam jakiejś głupawki. Tu ktoś puścił bąka, tu ktoś sapał, bo nie mógł się schylić do ziemi, tu ktoś stękał, tu ktoś zasypiał w czasie zajęć i chrapał… Szaleństwo! No ale wytrzymałam do końca zajęć, zadziałała we mnie dusza sportowca. Ja nie odpuszczam i gdy koleżanka namówiła mnie kolejny raz, zdecydowałam się spróbować. Następnego dnia po praktyce czułam się bardzo dobrze, lepiej sypiałam, byłam spokojniejsza. Ćwiczenia oddechowe, które co prawda opornie, ale je robiłam, ćwiczenia fizyczne, które wydawały mi się „bułką z masłem”, dobrze na mnie wpłynęły.  No i poszłam na drugie, trzecie, czwarte zajęcia i nawet, nie wiem ile czasu minęło, a ja po prostu zaczęłam chodzić codziennie. Robiłam to przed pracą, czasami zdarzało mi się, że dwa razy dziennie chodziłam i bardzo się w to wkręciłam, a nawet uzależniłam. To trwało dość intensywnie do czasu mojej przeprowadzki do Warszawy. 

Zdjęcie: archiwum prywatne 

I tu zdecydowałaś się zostać nauczycielką jogi?

Tutaj od razu po przeprowadzce w pierwszej kolejności znalazłam wszystkie szkoły jogi w okolicy miejsca mojego zamieszkania, które musiałam sprawdzić. Znalazłam tu „swoją” szkołę jogi i wspaniałą nauczycielkę, która energetycznie ze mną współgrała. Jej głos i sposób przekazywania wiedzy działał na mnie tak, że zapominałam o bożym świecie i byłam skupiona na tych zajęciach na 100%. Dużo mi ta praktyka powiedziała o mnie samej, ile ja mam deficytu dobrych uczuć do siebie, braku cierpliwości, ile lęków, obaw, mimo iż na pozór jestem bardzo otwarta i kontaktowa. W środku duszy miałam jednak wrażenie, że jestem małą dziewczynką, która musi troszkę się do siebie zwrócić i z powrotem pogłaskać się po głowie, uściskać się i nie mieć przed tym oporów. Z jogą związana jestem od 11 lat, tutaj znalazłam nauczycieli, którzy mnie inspirowali do pogłębiania praktyki, co w konsekwencji sprowadziło mnie do szkoły jogi dla nauczycieli.  Dwa lata temu sama zrobiłam papiery na nauczycielskie na AWF-ie w Warszawie. Jest tu wydział rehabilitacji i tam znajduje się kierunek „Joga i relaksacja” jako dwuletnie studia podyplomowe prowadzone w oparciu o wiedzę naukową. Dla mnie joga jest taka bardzo fizyczna i energetyczna, ale też nie jestem osobą, która bardzo przepadła w towarzyszącą jej filozofię. Absolutnie bardzo ją szanuję, uważam, że to piękne, ta ścieżka jogi, ale ja po prostu czerpię z różnych odmian (Hatha joga, joga według Iyengara, Vinyasa, Ashtanga), jest ich na świecie naprawdę mnóstwo. Podróżując, chodzę na różne zajęcia, czerpię od różnych nauczycieli w kraju i za granicą, i tak naprawdę biorę to, co mi pasuje w danym momencie, co uważam za odpowiednie dla mnie i to, co w głębi serca czuję, że mi służy.

Jak można Cię znaleźć?

Czasami prowadzę warsztaty w szkole jogi na Żoliborzu (Nieboskłon), ale głównie jeżdżę do klientów i takie zajęcia odbywają się u nich w domu. Wszyscy znają mnie jako „Wild Child Yoga”. To dlatego, że naprawdę jestem takim dzikim dzieciakiem, który jednak z dużą pokorą traktuje Jogę. 

Zdjęcie: Anna Michałek Photography

Mówiłaś, że marzyły ci się podróże

Tak, zgadza się. Mam starszą siostrę i jak pamiętam w dzieciństwie, nasi rodzice zabierali nas na takie wycieczki objazdowe samochodem. Często spaliśmy w namiotach, drewnianych domkach. Tata grał na gitarze, mama gotowała na kuchence turystycznej. To wszystko było w obrębie Polski, Czech (wtedy Czechosłowacji), Austrii, i Francji. Nigdzie więcej nie miałam okazji wyjeżdżać, byłam wtedy jak każdy dzieciak uzależniona od rodziców. W dorosłym życiu też żyłam od wyjazdu do wyjazdu, tylko marzyłam, żeby ktoś mnie wziął na kontrakt zagraniczny, żebym mogła wyjechać w nowe nieznane części globu. W korporacji, gdy pojawiła się możliwość odkładania pieniędzy, to po uzbieraniu konkretniejszej kwoty wchodziłam na różne portale podróżnicze, kupowałam bilet, nie myśląc o tym, gdzie będę tam mieszkać, brałam wolne i z tym biletem leciałam na 2-3 tygodnie. Czasami się do mnie dołączali znajomi, zdarzało się, że jeździłam sama. I żadnej z tych podróży nie żałuję.

Jaki masz styl podróżowania? 

Zawsze mam plan ramowy, destynacja jest wybierana z uwzględnieniem takich rzeczy, jak klimat, pory roku, ilość czasu, jaką mogę tam spędzić, co chciałabym zobaczyć. Determinujące jest także to, czy mogę tam pływać i uczyć się tam surfingu. Zawsze najpierw sprawdzam prognozy, wypisuję do portali surfingowych, żeby mi podali jakieś dobre miejscówki, których nie ma w przewodnikach, takie ukryte spoty. Często utrzymuję kontakt z tymi ludźmi, mimo iż tak naprawdę nie widzę ich nigdy na oczy. Sprawdzam też, gdzie mogę pojechać w przypadku, kiedy nie ma pogody lub zdarzają się jakieś nieoczekiwane sytuacje. Na przykład, kiedy miałam lecieć do Brazylii, na tydzień przed wylotem zerwałam więzadło kolanowe. Musiałam dokładniej przygotować się do podróży.  Ale poleciałam. Oczywiście nie popływałam na surfingu, ale zwiedziłam ogromną część Brazylii. O kulach. Podczas naszej ostatniej wycieczki do Japonii dotarliśmy zaś do miejsca, w którym był aktywny wulkan. Akurat doszło do niegroźnej erupcji, która co jakiś czas się w tym miejscu zdarza, jednak pył wulkaniczny uniemożliwił nam zwiedzanie miasta i okolic. Wszyscy i wszystko było w tym popiele. Musieliśmy więc na szybko wymyślić inny cel podróży. Thanks god za japoński Shinkansen ;) Nigdy nie przeżyłam wcześniej trzęsienia ziemi czy erupcji wulkanu, a wtedy miałam okazję, o której mam nadzieję opowiadać wnukom.

Zdjęcie: archiwum prywatne 

To na koniec: twoja ulubiona podróż

Trudno wybrać, każda była jakaś, każda niesie ze sobą ogromne emocje. Miałam taką podróż w swoim życiu, która była pożegnaniem się z bliską osobą. Pojechałam na Sri Lankę, zdecydowałam się zdobyć taki niewielki szczyt i powitać na tej górze wschód słońca. Adams Peak na Sri Lance. Nigdy tego nie zapomnę. Płakałam na górze ze zmęczenia i z zachwytu nad pięknem otaczającego mnie świata. Ważne jest dla mnie to, by podczas podróży nie chodzić utartymi ścieżkami, ale żeby zobaczyć fajne miejsca i zachowywać się jak lokalsi. 5-gwiazdkowy hotel? Mogę sobie kupić w nim pokój, to kwestia tylko i wyłącznie kasy, ale po co jechać w takie miejsce i siedzieć nad basenem. Nie potrzebuję tego. Dla mnie relaksem i odpoczynkiem jest utytłanie się w kurzu, popiele wulkanicznym, wskoczenie później do morza i mam z tego wielką radochę. Surfowanie przy zachodzie czy wschodzie słońca, to jest odpoczynek! Ten najważniejszy – psychiczny.

No Comments Yet

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.