Hania Derej to młoda i pełna werwy kompozytorka, pianistka i dyrygentka. Pierwszy album skomponowała, gdy miała 10 lat, a dziś występuje na największych festiwalach w Polsce i na świecie. W filmie „Poland. Mission Confidence” z przekonaniem mówi: „Młodzi ludzie są bardzo kreatywni i otwarci na łączenie różnych dziedzin sztuki”. Ona również taka jest, czego dowodzi jej życiowa ambicja, niewyczerpana energia do tworzenia oraz odważne łączenie w kompozycjach wpływów elektronicznych, jazzowych i klasycznych.

Rozmawia: Julia Starega 

Fot: ignacy50_sklepzfotografia.pl

Julia Staręga: Wystąpiłaś w filmie „Poland. Mission Confidence” powstałym na zlecenie fundacji Roberta Dobrzyckiego. Osoby takie jak między innymi dr inż. Sławosz Uznański-Wiśniewski, Magda Linette, Marcin Prokop i ty przypominają, że Polki i Polacy mogą schować narodowe kompleksy do kieszeni, bo mają wiele powodów do dumy z osiągnięć w różnych dziedzinach: od technologicznych, przez sportowe, po te dotyczące kultury i sztuki. Opowiedz, proszę, więcej o tym projekcie.

Hania Derej: To dla mnie ogromne wyróżnienie. Jest mi niezmiernie miło, że zostałam zaproszona do udziału w nim i znalazłam się w gronie tak wybitnych osób. To naprawdę wielka i niespodziewana rzecz. Jesienią zeszłego roku dostałam telefon z propozycją wystąpienia w filmie i stworzenia fragmentów muzyki do filmu. Minęło parę tygodni i już w styczniu odbyła się premiera filmu, który następnie ukazał w sieci. Mój udział polegał na minutowym wystąpieniu i powiedzeniu kilku słów do kamery. Nagrywaliśmy ujęcie w salonie z fortepianami, więc mogłam na żywo zagrać jedną z moich kompozycji – słychać ją w tle, gdy mówię.

J.S.: Powiedziałaś wtedy, że młodzi ludzie są bardzo kreatywni i otwarci na łączenie różnych dziedzin sztuki. Rozwiniesz tę myśl?

H.D.: Na co dzień spędzam dużo czasu z osobami zaangażowanymi w działania związane ze sztuką: przede wszystkim z muzyką, ale też malarstwem, filmem i fotografią. Wydaje mi się, że szczególnie młodsze pokolenie jest otwarte na eksperymentowanie, poszukiwania i odkrywanie własnego sposobu wyrażania siebie poprzez sztukę. Kontaktowanie się z osobami z całego świata jest dziś naprawdę łatwe, możemy poznawać kulturę zewsząd i czerpać z niej inspiracje. Dodatkowo organizowane są przeróżne warsztaty i konkursy, które sprzyjają nawiązywaniu międzynarodowych znajomości, wymianie doświadczeń i rozwijaniu artystycznej współpracy. Dla nas, osób z Polski, jest to dość naturalne. Mam wrażenie, że jesteśmy bardzo otwarci jako naród i poznawanie innych jest raczej łatwe. Wydaje mi się, że to bardzo pomaga w łączeniu różnych dziedzin sztuki w nieoczywisty sposób. Taki, który jakiś czas temu byłby trudny do realizacji.

J.S.: Doświadczyłaś takiej twórczej wymiany myśli? Przypuszczam, że dzięki podróżom i studiom w Krakowie oraz Amsterdamie miałaś i nadal masz okazje do wchodzenia z innymi młodymi artystami w dialog.

H.D.: Zdecydowanie! Zarówno na polu kompozytorskim, dyrygenckim, producenckim, jak i wykonawczym. Zazwyczaj, gdy spotykamy się na przykład na warsztatach, każdy z uczestników jest chętny, by wspólnie eksperymentować, wyjść poza swoją strefę komfortu i otworzyć się na coś nowego. Oczywiście, skupiamy się na muzyce, ale też dobrze bawimy i wzajemnie poznajemy.

J.S.: Które z miejsc i warsztatów szczególnie zapadły ci w pamięci?

H.D.: To z pewnością ośrodki, w których studiuję, czyli Akademia Muzyczna w Krakowie oraz Conservatorium van Amsterdam. W Amsterdamie, z uwagi na grono międzynarodowe, o inspiracje płynące z całego świata jest troszeczkę łatwiej. Szczególnie dobrze wspominam organizowane w Norwegii warsztaty International Jazz Platform, w których wzięły udział osoby z całej Europy. Ćwiczyliśmy przez tydzień, żeby ostatecznie zagrać koncert, równolegle spędzaliśmy też czas na grze zespołowej i jammowaniu. To było bardzo inspirujące wydarzenie i cieszę się, że mogłam wziąć w nim udział.

J.S.: Na przestrzeni dotychczasowej drogi muzycznej zostałaś wyróżniona licznymi nagrodami i stypendiami, m.in. zwyciężyłaś w siódmym plebiscycie Sanki organizowanym przez Gazetę Wyborczą i zostałaś określona „nową nadzieją polskiej sceny muzycznej”. To zarówno miłe, jak i nobilitujące. Czy mogłabyś się podpisać pod tymi słowami?

H.D.: Jest mi bardzo miło. Nie wiem, czy są zasłużone, bo obecnie jest wielu różnych artystów i mnóstwo muzyki, która mogłaby być określona w ten sposób. Czuję, że te słowa potwierdzają jakość tego, co robię i motywują, żeby robić to dalej. Oczywiście, wiąże się z nimi lekka presja, żeby pracować i nadal trzymać poziom. Niemniej, cieszę się i mam nadzieję, że faktycznie będę reprezentować polską scenę muzyczną w kraju i za granicą w dobrym świetle.

J.S.: Gdy byłaś małą dziewczynką myślałaś o tym, że zostaniesz tenisistką. Życie okazało się przewrotne i dziś spełniasz się muzycznie. Skąd twój pociąg do wyrażenia siebie poprzez dźwięki?

H.D.: Nie pochodzę z muzycznej rodziny, to wyszło dość przypadkowo. Pewnego dnia zapytałam rodziców, czy moglibyśmy pójść na egzaminy do szkoły muzycznej w Tychach, moim rodzinnym mieście. Poszliśmy, zdałam je i dostałam się do pierwszej klasy fortepianu. Zaczęłam się uczyć i grać, najpierw oczywiście były to klasyczne kompozycje Bacha, Mozarta i Beethovena. Z czasem odkryłam, że mogę grać niekoniecznie to, co jest zapisane w nutach, ale też to, co mam w głowie, co czuję całą sobą i co naprawdę mi się podoba. Zaczęłam to eksplorować. Gdy miałam dziesięć lat, zaczęłam komponować pierwsze utwory. Moim rodzicom się podobały i nagraliśmy je na pamiątkę w studio Radia Katowice w świetnej sali z fortepianem. Nie poprzestałam na pierwszych kompozycjach, tworzyłam, poruszałam się w różnych stylistykach, pisałam utwory na różne instrumenty, a płyt przybywało.

J.S.: Domyślam się, że miałaś również wsparcie od swoich nauczycieli w szkole muzycznej. Dali ci przestrzeń na odkrywanie siebie?

H.D.: Tak, trafiłam na świetną nauczycielkę, która pozwoliła mi na swobodę i jestem jej za to bardzo wdzięczna. Wiem, że w wielu przypadkach ktoś mógłby powiedzieć: „fajnie, że tworzysz, ale skupmy się na klasyce i więcej tego nie rób”. A jednak moja nauczycielka fortepianu wspierała mnie i zaprowadziła do nauczyciela kompozycji. Gdyby nie ona, dzisiaj mogłabym być w zupełnie innym miejscu.

Fot: ignacy50_sklepzfotografia.pl

J.S.: Czy po zakończeniu podstawowej edukacji trudno było ci zdecydować, gdzie chciałabyś studiować?

H.D.: Spędziłam osiem lat w szkole muzycznej w moim rodzinnym mieście, a później na cztery lata przeniosłam się do liceum muzycznego w Bielsku-Białej, uczyłam się w klasie fortepianu jazzowego, ale grałam też repertuar klasyczny. Kończąc naukę w Tychach jeszcze nie miałam planów, by zostać artystką i koncertować. To przyszło naturalnie, z biegiem czasu. Tak jak wspomniałaś wcześniej, przez długi czas rozwijałam się nie tylko muzycznie, ale też sportowo, grałam w piłkę nożną i tenisa. W drugiej klasie liceum z powodu kontuzji aktywność sportowa odeszła na bok i zdecydowałam, że czas zainwestować całą energię w muzykę. Zaczęłam zadawać sobie pytania, na jakie studia aplikować. Wiedziałam, że chciałabym spróbować swoich sił za granicą, żeby zdobyć nowe doświadczenie. Złożyłam dokumenty na przeróżne uczelnie. Dostałam się do The New School of Music w Nowym Jorku, do Berklee College of Music w Bostonie i Los Angeles College of Music. Niestety, brakowało mi finansów, a 50% stypendium z uczelni amerykańskich nie było wystarczające. Studiowanie i życie tam byłoby kosmicznie drogie. Dostałam się też na akademie muzyczne w Berlinie, Amsterdamie, Warszawie i Krakowie. Ostatecznie wybrałam Kraków i Amsterdam. Z perspektywy czasu cieszę się, że tak wyszło i uważam, że to była dobra decyzja. Dzięki temu mogę budować silniejszą pozycję w Europie. W realizacji moich planów edukacyjnych wspiera mnie Rafał Brzoska Foundation, tj. fundacja, której jestem stypendystką i dzięki której mogę studiować w miejscach, o których marzyłam. Przy okazji pracy nad filmem, o którym rozmawiałyśmy, nawiązałam również wspaniałą relację z Fundacją Roberta Dobrzyckiego. Dzięki takim instytucjom możliwe jest „doświadczenie świata” przy jednoczesnej świadomości posiadania polskiego paszportu i możliwości spożytkowania swoich edukacyjnych i zawodowych doświadczeń w Polsce.

J.S.: Jak udaje ci się łączyć te dwa, a nawet może trzy światy: zawodowy, studencki i prywatny?

H.D.: Cały czas uczę się łapać balans, żeby nie zapominać o odpoczynku, co nie jest takie proste. Organizacja i dyscyplina są u mnie na całkiem niezłym poziomie, wyniosłam to ze sportu. W ubiegłym roku działo się bardzo dużo, bo studiowałam full-time w Krakowie dyrygenturę symfoniczną oraz w Amsterdamie kompozycję jazzową, jednocześnie grając koncerty w Polsce i za granicą, zarówno te solo, jak i te w ramach projektu Hania Derej Quintet. W ubiegłym roku zainicjowałam nowy projekt Hania Derej Trio, którego płyta planowana jest na jesieni. Dlatego też w tym roku skupiam się na jego promocji. Mamy ambitne plany wyjazdu na trasę do Meksyku w marcu. W maju zagramy prawdopodobnie jeszcze trasę po Europie, a po wydaniu albumu jesienią zagramy również koncerty w Europie. Teraz tylko muszę to wszystko organizacyjnie dopiąć i mam nadzieję, że się uda.

fot: Marcin Nowak

J.S.: Oprócz tego, że studiujesz dyrygenturę symfoniczną kompozycję w Krakowie, w Amsterdamie studiujesz aranżację jazzową. Skąd w tobie pociąg do bycia w dwóch rolach: zarządzającej zespołem oraz twórczo-wykonawczej?

H.D.: Wydaje mi się, że muzyka jazzowa jest zdecydowanie bliższa temu, co tworzę. Chciałam poznać jazz jako gatunek, jego harmonię i rytm. Wiedziałam, że nie chciałabym grać klasycznie, bo to bardzo czasochłonne, jeśli chodzi o ćwiczenia; jazz ma w sobie więcej luzu. Dyrygentura symfoniczna z kolei pozwala mi poznać historię muzyki i zgłębić zagadnienia orkiestracji i instrumentacji. Cieszę się, że mogę uczyć się, jak kierować zespołem i pracować z muzykami, tym bardziej, że w przyszłości chciałabym kontynuować dotychczasowe projekty z triem i kwintetem. Niekoniecznie widzę siebie w roli dyrygentki klasycznej. Wydaje mi się, że jest wiele osób, które nadają się na tę pozycję troszeczkę bardziej niż ja, tym bardziej, że ciągnie mnie do innej muzyki. Przyjemność sprawia mi dyrygowanie zespołem, który z łatwością porusza się w nowoczesnych aranżacjach. Na różnych warsztatach organizowanych w Polsce i za granicą miałam przyjemność dyrygować przeróżnymi orkiestrami, które wykonywały zróżnicowany repertuar. To świetne doświadczenie. Uwielbiam to, że przy pomocy gestów mogę komunikować się z zespołem – być nie tylko w roli dyrygenta, ale też pokazać muzykom moją interpretację utworu. W tym roku kończę też studia licencjackie i na tę okoliczność skomponowałam utwór na orkiestrę symfoniczną i trio jazzowe, którym chciałabym zadyrygować w ramach mojego egzaminu dyplomowego.

J.S.: Obydwa światy, kompozytorski i dyrygencki, zazębiają się i uzupełniają?

H.D.: Tak, ja przynajmniej to tak odbieram i takie są też moje doświadczenia, od kiedy zaczęłam komponować na małe, a potem coraz większe składy orkiestrowe. Myślę, że komponowanie ma wiele punktów wspólnych z dyrygowaniem. Chcę przede wszystkim dzielić się poprzez muzykę tym, co czuję i inspirować innych, a wyrażenie tego poprzez dyrygowanie jest wspaniałym dopełnieniem tej muzycznej komunikacji ze światem.

J.S.: Gdybyś miała określić, która z tych ról zajmuje obecnie najważniejsze miejsce w twoim życiu, powiedziałabyś o sobie, że jesteś…?

H.D.: Kompozytorką, pianistką, dyrygentką. Dokładnie w tej kolejności.

J.S.: Skoro o kompozycji mowa – komponowałaś również muzykę do filmów krótkometrażowych. Czy ten kierunek jest jednym z tych, które chciałabyś obrać?

 H.D.: Chciałabym się rozwijać w tym kierunku, tym bardziej, że jestem świadoma tego, że czasy są różne. Obecnie gramy dużo koncertów, co jest świetne, ale miło czasami tworzyć tylko w domu i być samemu ze sobą, z muzyką. Tworzenie muzyki do filmów jest zupełnie inne niż granie zespołowe i komponowanie stricte pod zespół. Tworzenie pod obraz bardzo mi się podoba. Najpierw staram się obejrzeć cały film, potem ustalić fragmenty, w których widziałabym muzykę, wtedy rozmawiam z reżyserem, reżyserką, a następnie wysyłam swoją pierwszą wersję. Później zaczyna się długotrwały proces pracy z reżyserem i innymi osobami z produkcji, żeby wypracować wersję satysfakcjonującą dla wszystkich. Zazwyczaj jestem przywiązana do pierwszego pomysłu, który niekoniecznie się podoba innym, ale wspólnymi siłami dochodzimy do wersji ostatecznej. To ciekawy proces, lubię pracę z drugim człowiekiem na innym poziomie niż granie w zespole.

J.S.: Przede wszystkim jednak tworzysz solo, grasz z triem i z kwintetem jazzowym. W którym z tych wydań czujesz się najlepiej?

H.D.: Trudno powiedzieć. Gdy gram solo, tylko ja jestem za wszystko odpowiedzialna, nie tylko za muzyczny efekt, ale również za logistykę. Jestem bardziej niezależna i jest to dość wygodne. Niemniej, grając w zespole, kwintecie czy trio, na scenie pojawia się zdecydowanie inna energia w postaci dialogu między instrumentami, a gdy publiczność ją czuje, jestem niesamowicie szczęśliwa. Nie umiem określić, co jest dla mnie lepsze, bo w każdej z tych ról czuję się świetne i każda z nich jest mi potrzebna. Czasami cieszę się, że mogę zagrać koncert solo i nad wszystkimi elementami panować sama. A czasami widzę, że cudowniej jest grać z innymi. Jeśli gra się ze świetnymi muzykami, to wtedy muzyka dosłownie żyje, nie wszystko zależy wtedy ode mnie i muszę reagować na zmiany, które mają miejsce na scenie. Lubię ten element niespodzianki.

J.S.: Masz 21 lat, a na koncie 10 płyt i ponad 150 kompozycji utrzymanych w różnych nurtach: zaczynałaś od ilustracyjnego, później dodałaś do niego elektroniczny twist, co można usłyszeć na twojej najnowszej płycie „Over the World We Know”, a następnie sięgnęłaś po styl jazzowy na „Evacuation”. Lubisz eksperymentować?

H.D.: Póki jestem młoda, to czuję, że mam większe przyzwolenie na zabawę muzyką i szukanie siebie. Faktycznie, zaczęłam od nurtu neoklasycznego, ilustracyjnego, co słychać na pierwszych solowych płytach. Później dołączyła do mnie orkiestra kameralna i skręciłam w stronę nurtu filmowego. Gdy zaciekawił mnie jazz, zaczęłam tworzyć taki repertuar i grać go ze świetnymi osobami, aż ukazała się płyta. W międzyczasie, podczas pandemii, odkryłam program muzyczny GarageBand, który zaciekawił mnie do tego stopnia, że tworzyłam utwory elektroniczne podczas lekcji online. Chyba nie potrafię długo wysiedzieć w jednym miejscu pod względem stylistycznym, ale też życiowym. Gdybym tworzyła cały czas taką samą muzykę, to szybko by mi się znudziła. To eksplorowanie pozwala być również w przeróżnych miejscach, nie tylko na salach koncertowych w filharmoniach, ale też na festiwalach typu OFF Festival czy Pol’and’Rock.

J.S.: Jesteś na tyle wszechstronna, że gatunkowe szufladki wydają się być dla ciebie zbyt ciasne, ale spróbujmy. Jak określiłabyś swoją muzykę komuś, kto być może słyszy twoje nazwisko po raz pierwszy?

H.D.: W dzisiejszych czasach wiele osób potrzebuje szufladkować to, czego słucha. Wydaje mi się jednak, że artyści woleliby odejść od gatunkowania muzyki. Niemniej jednak faktycznie bywa, że jest to potrzebne. Wydaje mi się, że swoją muzykę określiłabym jako jazzowo-neoklasyczną z elementami elektroniki.

J.S.: A jak ty jako młoda kobieta, odnajdujesz się w tym muzycznym świecie? Z jednej strony jest afrodyzjakiem, a z drugiej bywa obciążający, szczególnie gdy popatrzymy na dynamicznie zmieniający się rynek.

H.D.: To trudne pytanie. Przede wszystkim chciałabym pozostać sobą i tworzyć muzykę w zgodzie ze sobą. Nasz świat dzisiaj bardzo szybko się zmienia. Jesteśmy bardziej skupieni na sobie i na tym, co czujemy, niż kiedyś. Zmieniają się trendy muzyczne i sposoby promowania twórczości. Na pierwszy plan wchodzi TikTok, budowanie społeczności, kreowanie contentu i historii dookoła muzyki. Czasami boli mnie, że to, co jest wartościowe, niekoniecznie przedostaje się na pierwszy plan. A do tego wszystkiego, wracając do pytania, jako młoda kobieta, patrząc na line-upy festiwali, szczególnie jazzowych, zauważam zbyt małą reprezentację kobiet, choć jest wiele wspaniałych artystek zasługujących na widoczność. Chciałabym, aby to się zmieniło. Otaczam się wspierającymi ludźmi, którzy pomagają mi w budowaniu kariery i wierzą w to, czym się zajmuję. Staram się więc jak najlepiej robić to, co lubię i co potrafię, czyli komponować i wykonywać muzykę, która dociera do wrażliwych serc i oddaje to, co czuję.

 

 

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.