Rebecca oraz Megan Lovell z Larkin Poe udowadniają, że hasło „rock’n’roll will never die” nie wyszło z mody. Ci, którzy myślą, że współczesna scena rockowa niczym nie potrafi zaskoczyć, powinni posłuchać najnowszej płyty duetu zatytułowanej „Bloom”.
Tekst: Julia Staręga
Rebecca i Megan rozpoczęły karierę muzyczną jeszcze jako nastolatki w 2005 roku. Z najstarszą siostrą Jessicą założyły zespół Lovell Sisters, który z dwiema wydanymi płytami zakończył działalność po czterech latach. W 2010 przyszedł czas na zmiany, odstawienie na bok skrzypiec, na których grały jako dzieci i chwycenie za gitary elektryczne, lap steel i banjo. Wtedy Megan i Rebbeca zaczęły tworzyć we dwójkę jako Larkin Poe. Nazwa zespołu pochodzi od imienia i nazwiska ich dalekiego pradziadka, kuzyna pisarza Edgara Allana Poe.
Artystki wydały osiem albumów studyjnych, w tym najnowszy „Bloom”, a także koncertowy „Paint The Roses”. Zdobyły nagrodę Grammy w kategorii „Best Contemporary Blues Album” za płytę „Blood Harmony” i mogą pochwalić się współpracą z Fox TV. Cover bluesowego klasyka „John the Revelator” w wykonaniu dziewczyn znalazł się na ścieżce dźwiękowej serialu „Lucyfer”.
Rock’n’Roll will never die
Larkin Poe czerpią garściami z dokonań amerykańskiego rocka, bluesa i folku. Słychać, jakimi brzmieniami przesiąkały w dzieciństwie, gdy wychowywały się na południu Stanów, tętniących bluegrassem, rockiem i americaną. Za główne inspiracje podają twórczość kultowych artystów i formacji: Pink Floyd, Fleetwood Mac, Jacka White’a, the Allaman Brothers. To ona, a także osobiste poszukiwania własnego głosu i sposobu wyrazu, wrzuciły artystki na rockowe tory. Nieco chrapliwe, momentami brudne, zawsze pełne mięsistego basu, ożywczych riffów i donośnej perkusyjnej stopy. Rebecca i Megan dbają o to, by nie było nudno. Zmieniają tempo, bawią się zagrywkami, nuty rock’n’rollowe czasem doprawią folkiem, czasem szczyptą country lub, jak w „Bluephorii”, podleją całość treściwym bluesowym sosem.
„Bloom” rozpoczyna się od kawałka „Mockingbird”, w którym dziewczęcy i jednocześnie mocny, charakterny wokal Rebecci koresponduje z solidnym perkusyjnym bitem. Na podkręcenie emocji przychodzi czas w „Easy Love pt. 1”, w którym riffy, slide’y i podciągnięcia poszczególnych wysokich dźwięków na gitarze przyjemnie świdrują uszy, a na usta ciśnie się okrzyk zachwytu: „jakie to dobre!”. W balladowym „Little Bit” dziewczyny na moment zwalniają tempo i pozwalają sobie na wyśpiewanie marzeń w refrenie: „Chcę tylko trochę/Małe marzenie, mały plan […]/ To mały świat, nie chcę myśleć o wielkich sprawach/Mam wszystko czego potrzebuję, nie ma nic lepszego niż to” i przypominają, że „więcej, nie zawsze znaczy więcej”.
Jeśli Bóg jest kobietą, to diabeł również
„Easy Love Pt. 2” to skondensowana dawka standardowych bluesowych zagrywek podkręconych ślizgającymi się po gryfie ozdobnikami w zwrotkach i warczącymi, zdecydowanymi gitarowymi ciosami w refrenie. Po nich – oczywiście – czas na porywające solo i efektowne wokalne zakończenie. Energiczne i hałaśliwe „Nowhere Fast” wprowadza w przydymiony i soczysty „If God Is A Woman” – kawałek na wskroś amerykański w brzmieniu. Z powodzeniem mógłby znaleźć się na liście soundtracków do seriali gangsterskich z silną postacią kobiecą w roli głównej. Dudniąca perkusja, bas i bujający, brudny riff składają się miarowo rozwijające się napięcie, które kumuluje się w zwrotkach i uwalnia w refrenie. Słowami „Jeśli Bóg jest kobietą, to diabeł również […] Niebo i piekło nie znają wściekłości/Lepiej uważaj, co robisz” Larkin Poe przypominają kobietom o ich sile, odważnej naturze i stawianiu na swoim, gdy ktoś zajdzie im za skórę.
„Sprzeciwianie się oczekiwaniom wymaga wielkiego wysiłku, ale katarktyczna radość z głębszego odkrywania siebie jest warta walki. „If God Is A Woman” został napisany jako przypomnienie, aby oprzeć się typowej klasyfikacji kobiet, zarówno świadomej, jak i nieświadomej. Istnieje wiele odcieni egzystencji i dobrze się bawiłyśmy tworząc ten abstrakcyjny, cierpki i sardoniczny blues” – wspomina Rebecca.
Klasyka nie wychodzi z mody
Podczas słuchania płyty można odnieść wrażenie, że już wcześniej w muzyce słyszało się podobne gitarowe i perkusyjne zagrywki czy patenty dynamizujące utwory. Po piosence drapieżnej, bogatej w podziały rytmiczne i ostre, podkręcające tempo riffy, przychodzi czas na wyhamowanie i kołysanie się do ballad. Nie zmienia to faktu, że „Bloom” to płyta spójna i przyjemna w odbiorze – nawet, jeśli momentami nieco nudzi swoją monotonią i emocjami utrzymującymi się na podobnym poziomie. Co prawda nie wnosi do świata współczesnej muzyki rockowej nic odkrywczego, lecz w bardzo dobry sposób czerpie z amerykańskiej rockowej klasyki lat 90. i złotej ery bluesa. Dziewczyny wyciągają z nich to, co najlepsze i po swojemu adaptują do współczesnych trendów.