Czarnogóra na tydzień

Kilka wędrówek w upale, błękitne morze, sporo przygód i dobrego sera. To pokazała nam przez tydzień Czarnogóra.

Tekst: Joanna Zaguła

I znowu trzeba było mnie namawiać. Bo z moimi podróżami to jest tak, że najpierw mi się wydaje, że nie dam rady – że mam za mało kasy i czasu. Ale przyjaciele snują wizje rajskich plaży, świeżych owoców morza, fantastycznych przygód i zawsze znajduje się i kasa, i czas. Tym razem wyjątkowo mnie namawiali, bo choć loty drogie, to przecież na miejscu tanio. Od razu muszę was jednak ostrzec – wcale nie jest tak tanio, jakbyście się spodziewali. Ale zdecydowanie polecam ten malutki kraj, warto tam pojechać choćby na tydzień. W te kilka dni zdążycie zobaczyć większość jego atrakcji. My wybraliśmy taki styl, że rezerwujemy po dwa noclegi w trzech różnych miejscach. Naszą podróż można więc podzielić na takie etapy.

Widok z naszego balkonu

Etap 1: Autostopem i w klapkach

Nie będę się rozpisywać na temat tysiąca przygód, jakie nas spotkały w związku z nietypowym bagażem, jaki postanowiłam wziąć. (Ważne, żeby plecak był ładny, a to żeby się zapinał to kwestia wtórna, prawda?) Ostatecznie jednak udało nam się wsiąść do samolotu i przed północą wylądować w Podgoricy. Jako że nasz pierwszy nocleg znajdował się gdzieś na wsi w okolicach jeziora Szkoderskiego, a w nocy nie dało się tam za bardzo dojechać transportem publicznym, umówiliśmy się z naszą gospodynią, że po nas przyjedzie. Przyjechała razem z koleżanką, więc nasza trójka, razem z bagażami wylądowała ściśnięta na tylnym siedzeniu. Jechaliśmy malutkim samochodzikiem, mijając o centymetr krańce przepaści górskich. Było jednak ciemno, więc nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, jak bardzo przepastne są te przepaści. Kiedy ulokowaliśmy się z naszym pokoju, zrobiło nam się głupio, że nic po drodze nie widzieliśmy i postanowiliśmy rozbić rozeznanie okolicy. Jako że noc była upalna, a my spuchnięci po podróży, ubraliśmy klapki, krótkie spodenki i wyszliśmy na spacer. Okazało się, że wcale nie taki krótki, bo – chcąc dotrzeć do jeziora, które widzieliśmy z okna – zafundowaliśmy sobie trzygodzinną górską wycieczkę w japonkach i przy świetle księżyca. Po powrocie zasnęliśmy kamiennym snem, mimo ogłuszającego koncertu cykad.

Jest sporo winnic w okolicy.

Następnego dnia dostaliśmy od naszej gospodyni absolutnie cudowne śniadanie. Składało się nie tylko ze świeżego pieczywa, pachnących pomidorów i lokalnych serów, ale dodatkowo z naleśników z czekoladą i smolistej kawy. A przy jedzeniu towarzyszyły nam koty i 4 szczeniaczki. No, nie może być lepiej. Tego dnia w planach mieliśmy kąpiel w jeziorze i zakupy. Wyruszyliśmy więc piechotą (bo jak inaczej), licząc na to, że po drodze trafimy na jakąś winnicę. Nie pomyliliśmy się. Już po kilkunastu minutach spaceru (pod górę w trzydziestu stopniach) zobaczyliśmy stolik z wystawionymi butelkami. To tu! Gospodarz oczywiście zapewniał nas, że kocha Polaków (jak każdy…) i miał na lodówce kilka polskich naklejek turystycznych. Poczęstował nas mocno zmrożonym białym winem i dał kosz słodkich winogron. Chciał też dać rakiję, ale nikt z nas nie kwapił się do tego, by ja wypić. Wino jednak poszło szybko. Kupiliśmy dwie zimne butelki na wynos i zapytaliśmy, jak się dostać nad jezioro. Na co gospodarz odpowiedział, że jego brat z chęcią nas podwiezie. I tak wylądowaliśmy nad jeziorem Szkoderskim. Spędziliśmy tam pół dnia na leniuchowaniu, czytaniu, pływaniu. A potem okazało się, że trzeba jakoś wrócić. A transportu tam nie ma… Zaczęła się więc droga przez mękę. Po prawie topiącej się asfaltowej jezdni. Kiedy już myśleliśmy, że to nasza ostatnia godzina i ludzie, których poznaliśmy na plaży, ukradli nam stopa, nadarzyła się kolejna okazja podwózki, ale tylko do najbliższej wioski. Tam kupiliśmy worek pomidorów, a dzieci z domu, pod którym usiedliśmy, by cierpieć w milczeniu, podarowały nam jabłka. W końcu udało nam się dojechać do Virpazar i muszę zaznaczyć, że warto to zrobić tylko po to, żeby pójść do sklepu. Bo nie jest to najfajniejsze miasteczko świata. Potem czekał nas jeszcze powrót (też stopem i tez dwuetapowo), podczas którego zabrała nas za darmo taksówka i przedsiębiorca, który bywał w Polsce w latach 80. (oczywiście).

Jezioro Szkoderskie
Mała stacyjka

Etap 2: Kurort, szyk i luksus

Kolejny dzień zaczęliśmy wcześnie. Pani gospodyni odwiozła nas na pociąg do Sutomore, gdzie mieliśmy się przesiąść na autobus do Kotoru. Wysiedliśmy na małej stacyjce, która wyglądała, jakby świat o niej zapomniał i w tej sekundzie na peron wjechał nasz pociąg, który planowo miał tam być dopiero za 20 minut. Radzę więc nie mieć zaufania do punktualności pociągów w Czarnogórze. Byliśmy nastawieni na oglądanie widoków zza okna, ale okazało się, że ¾ trasy prowadzi przez tunel. W końcu Czarnogóra to kraj górski. Wysiedliśmy w Sutomore i okazało się, że jesteśmy w Międzyzdrojach. Choć przyroda dużo piękniejsza, klify, sosny, błękitna woda i ukrop z nieba, to styl ten sam. Mnóstwo ludzi – leżak przy leżaku i wspaniałe stragany z mnóstwem badziewia wzdłuż całej miejscowości. A my nie w strojach kąpielowych, tylko ubrani i z plecakami na plecach. Usiedliśmy więc na chwilę na skałach, kupiliśmy sobie schłodzonego arbuza i wróciliśmy do życia. Ale wakacji w tej miejscowości bardzo nie polecam.

Sutomore
I już Kotor

Stamtąd złapaliśmy rzeczony autobus. Bez klimatyzacji oczywiście. Ale za to niektóre siedzenia nawet trzymały się w miejscu… Ściskając na kolanach mój piękny, ciągle otwierający się plecak i czytając Kerouaca, czułam, że jestem w prawdziwie przygodowej podróży. Pod wieczór dotarliśmy do Kotoru, chyba najbardziej turystycznego miasta Czarnogóry. Kiedyś należał on do Republiki Weneckiej, więc na zabytkowych murach spotkacie sporo wizerunków weneckiego lwa, a w mieście wiele dobrze zachowanych kamiennych budynków. Wykąpani i świeży zjedliśmy bardzo niesmaczną kolację. Ale potem usiedliśmy na schodkach starego kościoła przy placyku, słuchając, jak ktoś gra na harfie i patrząc na dzieci bawiące się pod stary kinem. I zapomnieliśmy o tym złym smaku.

Okolice dworca w Kotorze wyglądają o tak…
Widok na Zatokę Kotorską

Drugi dzień w Kotorze zaczęłam od tego, że z samego rana wskoczyłam do wody zatoki, a potem udaliśmy się znowu na dworzec, by pojechać do Perastu. Koleżanka zapewniała mnie, że to urokliwa zapomniana mieścina, ale okazało się, że od kiedy ona tam była, sporo się zmieniło. Kilka domów z Perastu wykupiły jakieś znane osoby i zaczęli tu bywać celebryci, a za nimi ściągnęli tu turyści. Domy nadbrzeża wyglądały, jakby właśnie wczoraj ktoś je wszystkie idealnie gładko pomalował. Mimo że wolę, jak budynki są nieco odrapane, to miło było pobyć chwilę w świecie luksusu. Przeszliśmy miasteczko w dwie strony, kupiliśmy schłodzone czerwone wino i burek z serem i zasiedliśmy na betonowej plaży w sosnowym lesie, gdzie czułam się już bardziej jak w domu, a właściwie jak w jakimś popeerelowskim ośrodku wczasowym. Opaliliśmy się mocno, więc dzień można zaliczyć do udanych.

Widoki z Perestu
Kotor wieczorową porą

 

Etap 3: Alternatywny styl życia

Twierdza w Starym Barze

Z Kotoru pojechaliśmy do Baru. A ja bardzo się stresowałam, bo zmusiłam moich znajomych do tego, byśmy dwa ostatnie dni spędzili The Grove w Starym Barze, hostelu z moich snów. Hostel ten nie jest najtańszy, nawet jeśli śpi się w wieloosobowym pokoju. Ale jest absolutnie przepiękny. Znajduje się przy szumiącym strumieniu, w wielkiej starej kamiennej stodole. A wnętrza urządzone są z wielką konsekwencją minimalistycznie. Beton i metal. Przed domem są drewniane stoły i oliwny gaj. Tam jedliśmy na śniadania świeży chleb z miasteczka z bałkańskim serem i pomidorami oraz ziołami z ogrodu. A wieczorami można było przy nich zasiąść do wspólnej kolacji z innymi mieszkańcami. Gotują gospodarze hostelu, młodzi ludzie z różnych europejskich krajów. Cena jest całkiem ok, a dania wegetariańskie! My jednak jadaliśmy w miasteczku, w restauracji Kaldrma, gdzie jedzenie jest bardzo smaczne, ale nigdy nie udało nam się trafić tak, by były w ofercie owoce morze (obecne w karcie). Samo miasteczko jest urocze, sporo w nim meczetów i sklepów z pamiątkami, ale długo nie da się tam zabawić, bo nie ma tam nic innego. Przedostatniego dnia wybraliśmy się więc na plażę. Było do niej dość daleko, bo nad morzem leży Bar, a nie Stary Bar. Ale liczyliśmy, że godzinny spacer załatwi sprawę.

Wieczór w Starym Barze

No nie do końca… Szliśmy chyba cztery godziny, znowu w palącym słońcu. Ale dodawaliśmy sobie otuchy, słuchając muzyki z popularnego w zeszłym roku filmu „Tamte dni, tamte noce”, która jest idealną ścieżką dźwiękową wakacji. By nie umrzeć z pragnienia, zrywaliśmy po drodze figi i granaty, więc nie było całkiem źle. A widoki zachwycające. Kolega porównywał je do pejzaży z Peru. Kiedy w końcu zobaczyliśmy morze, okazało się, że na naszej plaży leży tyle śmieci, że obrzydzenie bierze nas na myśl o położeniu się na niej. Zobaczywszy na własne oczy jak bardzo zaśmiecone są morza i oceany, postanowiliśmy tę plażę posprzątać i już po godzinie mogliśmy się położyć. Dla chętnych na takie wycieczki ważna rada – żeby dojść na czystą i ładną plażę należy przejść środkiem tunelu przez góry, a nie przełęczą przez szczyty, jak my…

Widoki z przełęczy
Widać morze, jest nadzieja!

Mimo kilku niepowodzeń czarnogórska wyprawa była jedną z ciekawych. Udało nam się trochę pokonwersować z Czarnogórcami, jedliśmy mnóstwo dobrych serów, zachwyciły nas wieczory w górach i ilość widocznych gwiazd, a także cisza. Kiedy wybieraliśmy się na poranne spacery towarzyszyły nam tylko kozy i szum strumienia.

Dworzec w Barze

Powrót do kraju mieliśmy dość wcześnie, więc koło 5 rano łapaliśmy autobus ze Starego Baru. Oczywiście nie przyjechał. Więc zestresowani przymusiliśmy pierwszego lepszego kierowcę, by zabrał nas na stopa do stacji kolejowej. Na szczęście wytłumaczył nam, że pociąg dowiezie nas do stacji „Lotnisko”, która jest w szczerym polu. Kiedy więc na niej wysiedliśmy, wcale nas to nie zdziwiło, tylko ruszyliśmy przez dziki step na jedyne lotnisko w stolicy kraju ze stacji, która wygląda jak wiejski przystanek PKS. Ale było pięknie!

Tak, tu wysiadamy, żeby dojść na stołeczne lotnisko
Przez step na samolot
Nie ma jeszcze komentarzy.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.