Początek listopada sprzyja refleksji dotyczącej kondycji człowieka, nastraja do namysłu nad jego przemijalnością, ale też wrodzoną zdolnością do miłości silniejszej niż śmierć. Oto dwa albumy, które wpisują się w ten klimat.
Tekst: Julia Staręga

Leonard Cohen – „Songs of Love and Hate”, 1971
Symbolika religijna, pytania o naturę wiary i ludzkiego cierpienia stały się jednymi z najważniejszych motywów literackiej i muzycznej twórczości Leonard Cohena – z jednej strony melancholika, eleganckiego poety w nienagannie skrojonym garniturze, z drugiej legendarnego pieśniarza XX i XXI wieku. Ślad na jego twórczości odcisnęło wychowanie w żydowskiej rodzinie, w której od najmłodszych lat obcował z religijną tradycją. Cohen czerpał jednak z tego dziedzictwa na własnych zasadach, łącząc sacrum z profanum, duchowość z cielesnością i erotyką, poetycki mistycyzm z głębokim sceptycyzmem, a czułość z mrokiem. To właśnie na styku tych pozornie odległych biegunów ukształtował się jego artystyczny świat, w którym ziemskie pragnienia nieustannie walczą z potrzebą poszukiwania duchowego spokoju, a miłość i pożądanie współistnieją z samotnością oraz niepokojem.
Każdy z albumów Cohena pozwala poznać zakamarki jego wrażliwości, jednak „Songs of Love and Hate” umożliwia to w sposób szczególnie emocjonalny. Dominują tu oszczędne aranżacje oparte na akustycznej gitarze, a niski, charakterystyczny głos artysty i jego powściągliwy, niemal beznamiętny sposób śpiewania nadają kompozycjom intymny, czasami wręcz spowiedniczy charakter. Szczególnie wyraźnie słychać to w „Dress Rehearsal Rag”, utworze o dojmującym poczuciu wewnętrznego rozdarcia czy w „Famous Blue Raincoat”, gdzie prywatna historia uczuciowa została zamknięta w formie listu. Zazdrość, zdrada, miłość i przebaczenie składają się w nim na poruszającą narrację o kobiecie, jej mężu i kochanku, którzy – jak zauważył Maciej Zembaty, tłumacz poezji Cohena – znaleźli się w biseksualnym trójkącie.
Na uwagę zasługuje również otwierający płytę utwór „Avalanche”. Niespokojny, oparty na powtarzającym się motywie akustyczny, gitarowy akompaniament i dramatyczne akcenty smyczków od pierwszych chwil wprowadzają słuchacza w świat emocjonalnych sprzeczności. Cohen z poetycką precyzją rysuje w nim obraz człowieka pogrążonego w metaforycznej lawinie, której niszczycielska siła trawi tak ciało, jak i duszę, gdy śpiewa na początku: „Well I stepped into an avalanche / It covered up my soul”. W jego słowach kryją się zarówno pycha, świadomość swojej słabości, jak i głębokie pragnienie miłości – „You who wish to conquer pain / You must learn what makes me kind”. „Avalanche” to przejmujące odzwierciedlenie duszy człowieka cierpiącego, lecz nie w pełni zrezygnowanego, bo poszukującego.

Nick Cave & The Bad Seeds – „Ghosteen”, 2019
Nick Cave przez lata wplatał w swoje muzyczne opowieści tematy, z którymi każdy człowiek konfrontuje się niechętnie: śmierć, przemijanie, cierpienie i nieustanne poszukiwanie odkupienia. To właśnie wokół nich budował swój artystyczny świat, pełen mrocznych wizji, religijnej symboliki i bohaterów zmagających się z własnymi demonami. Jednak osobista tragedia, jaką była śmierć piętnastoletniego syna artysty, Arthura, w 2015 roku, nadała tym motywom głęboko prywatny wymiar. Wydany rok później „Skeleton Tree”, a następnie „Ghosteen” z 2019 roku stały się świadectwami osobistego doświadczenia straty i żałoby.
W przeciwieństwie do albumów takich jak „The Good Son”, „Murder Ballads” czy „Dig, Lazarus, Dig!!!”, na których Cave kreował mroczne, z lekka groteskowe, światy, na „Ghosteen” wizerunek niepokornego Księcia Ciemności, ustępuje miejsca człowiekowi, który próbuje odnaleźć język zdolny pomieścić doświadczenie niewyobrażalnego cierpienia. Jednocześnie z niezwykłą czułością przypomina o sile miłości, która nie kończy się wraz z odejściem bliskiej osoby, lecz trwa we wspomnieniach, tęsknocie i nieustannej potrzebie utrzymania duchowej bliskości.
Rozległe brzmienia syntezatorów, delikatne partie fortepianu i wokal, chwilami bliższy szeptowi niż śpiewowi, tworzą atmosferę przypominającą niespokojny sen lub rozpaczliwą modlitwę. W „Bright Horses”, bodaj najmocniejszym punkcie na płycie, pojawiają się obrazy, w których rzeczywistość miesza się z wyobraźnią. Kilkukrotnie wspominane przez Cave’a białe i świetliste galopujące konie przywodzą na myśl Pierwszego jeźdźca Apokalipsy, co w połączeniu z wersami „The bright horses are broken free from the fields / They are horses of love, they’re maines full of fire” może podkreślać zwycięstwo dobra nad złem, spokoju w życiu po śmierci nad nieszczęściem. Z kolei utwór „Waiting for You” porusza rzewnym wokalem i emocjonalnie intensywnym, na wskroś rozdzierającym refrenem. Jak śpiewa: „Well sometimes a little bit of faith can go a long, long way […] / Well sleep now, sleep now, take as long as you need / 'Cause I’m just waiting for you”. Trudno wyobrazić sobie bardziej przejmujący apel stroskanego ojca o spokój duszy swojej i syna.
Nick Cave na „Ghosteen” nie przychodzi do słuchaczy z prostym pocieszeniem ani nie podaje odpowiedzi na pytania o sens cierpienia. Pozostawia jednak przestrzeń dla pamięci, czułości i miłości, które są silniejsze od śmierci.