Powieść, w której wspaniałe jest wszystko oprócz polskiej wersji tytułu – „Regulamin tłoczni win”. Jeśli wybieralibyście się w daleką podróż i mogli zabrać ze sobą tylko jedną książkę, warto zabrać właśnie tę. 

Tekst: Sylwia Skorstad

fot: Pixabay

Bohaterka powieści „Życie Violette” autorstwa Valérie Perrin przez wiele lat czyta w kółko jedną powieść. Mówi, że ona ją, sierotę, adoptowała. Znajduje w niej pociechę i inspirację do lepszego życia. Kiedy jest jej smutno, ta książka ją rozśmiesza, bo na każdej stronie są niespodzianki w postaci takich zdań jak: „Tak głośno odłożyła widelec do nakładania mięs, że nawet gęś na półmisku się wzdrygnęła.” Kiedy potrzebuje siły do wykonania niemożliwego zadania, na przykład znalezienia własnego głosu, odwaga ulubionych postaci dodaje jej sił. Bohaterów Violette traktuje jak rodzinę zastępczą.

Ta powieść to właśnie „Regulamin tłoczni win”. Ponad osiemset stron można czytać w kółko, tak jak jej bohater czyta dzieciom „Davida Copperfielda” Dickensa oraz „Dziwne losy Jane Eyre” Brontë, za każdym razem odkrywając w nich nowe znaczenia.

Osieroceni członkowie rodzin królewskich

Akcja opowieści rozpoczyna się przed drugą wojną światową w miejscu, do którego mało kto przybywa dla przyjemności lub trafia przypadkiem. Autor opisuje je następująco: „W stanie Maine było wiele miast. Żadne nie miało mniej uroku niż St. Cloud’s.” Kobiety, które przybywają tam pociągiem, idą od stacji pod górę, rozglądając się czujnie na boki i bezskutecznie osłaniając przed zimnym wiatrem.

Mimo to właśnie tam wiele dzieci znajduje bezpieczną przystań. W placówce prowadzonej przez doktora Wilbura Larcha, mężczyznę, który nigdy się nie zakochał, tylko raz uprawiał seks i nie posiadał własnych dzieci, kobiety „w kłopotach” mogą zdecydować, czy chcą przeprowadzić aborcję czy urodzić i zostawić malucha w sierocińcu. Larch, wbrew obowiązującemu prawu, postanowił dać im ten wybór, po tym jak w młodości osobiście poznał tragiczny los pewnej prostytutki oraz jej córki.

Sierotami zajmuje się sam doktor oraz dwie oddane mu siostry: Angela i Edna. Tradycją placówki jest czytanie dzieciom na dobranoc i żegnanie ich słowami „dobrej nocy, Książęta Maine, dobrej nocy, Królowie Nowej Anglii”. W sierocińcu brakuje wielu rzeczy, ale nie troski i miłości. Dla jednego z wychowanków, chłopca o imieniu Homer, staje się on prawdziwym domem, po tym jak nie udaje się kilka kolejnych adopcji.

O niebo więcej

Dla amerykańskich krytyków szósta powieść Johna Irvinga była głównie głosem w dyskusji na temat aborcji, która za oceanem bywa jeszcze bardziej hałaśliwa i zajadła niż w Polsce. Cichy spór, jaki toczą w niej Homer i jego mentor, doktor Larch, cechuje wyjątkowy szacunek dla argumentów adwersarza. Obaj rozumieją, że nawet, gdy się kogoś kocha i podziwia, można mieć inne od niego zdanie w ważnej sprawie.

„Regulamin tłoczni win” to jednak o niebo więcej niż przykład modelowej dyskusji o aborcji. To powieść, która oczarowuje wyrozumiałością oraz poczuciem humoru zmieniającym najtrudniejsze sytuacje w komedię. Każdy w niej błądzi, ale prawie nikt nikogo nie ocenia. Nie robi tego autor i rzadko pozwala na to swoim bohaterom. Tylko raz spod kontroli wymyka mu się impulsywna elektryczka Melony, ale to wyjątek. Można odnieść wrażenie, że Irving, tak jak Wilbur Larch, przekonał się już, iż ludzie nie są doskonali i postanowił im to wybaczyć. W świecie, w którym każdemu może przytrafić się wojna, wybuch torpedy w ogrodzie, choroba weneryczna, śmierć albo miłość do dziewczyny najlepszego przyjaciela, trudno jest zawsze podejmować najlepsze pod względem moralnym decyzje. Każdemu potrzebny jest zestaw reguł, jak regulamin wywieszony w baraku dla robotników pracujących w sadach Maine. Rzecz w tym, że ci, którzy nie potrafią czytać, myślą, że to instrukcja obsługi czajnika albo kuchenki. Do zrozumienia sedna moralnych reguł trzeba dotrzeć samemu i bywa, że nie starcza na to życia.

regulamin tłoczni win - okładka

Regulamin obsługi życia

Irving nie moralizuje. Zamiast tego opowiada czytelnikowi anegdoty i robi to w tak zabawny sposób, że ten dopiero po chwili orientuje się, że dotyczą bardzo poważnych i smutnych spraw. To zwykle zachęta do tego, by nie podążać utartymi ścieżkami, ale samodzielnie wyrabiać sobie zdanie. Nawet, jeśli po drodze zdarzy się coś rozwalić. Wszystko, byle tylko nie spędzić życia na przeglądaniu sklepowych katalogów.

Czerpiąc garściami z niezwykłej historii własnej rodziny, autor opowiada też o procedurach medycznych, zawiłościach języka burmańskiego (zestrzeleni w dżungli nie mylcie klopsika rybnego z miłosiernym samarytaninem!) oraz zawiłościach hodowli jabłek i produkcji cydru, od czasu do czasu tylko wplatając niewinnie takie oto zdania:

„Po piętnastu latach Homer Wells zrozumiał, że regulaminów tłoczni win jest tyle samo, ilu nocujących w baraku. Mimo to, co roku przed zbiorami wywieszał w kuchni przy kontakcie nowy regulamin.”

John Irving „Regulamin tłoczni win”, Wydawnictwo Prószyński i S-ka

 

 

 

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.