Historie babki, matki i wnuczki splatają się ze sobą, tworząc rodzinną panoramę. „Matczyzna” to mądra powieść o tym, co dziedziczymy i o czym decydujemy same.
Tekst: Sylwia Skorstad

Pracująca w Warszawie Basia, singielka przed trzydziestką, dostaje informacje o śmierci babki. Niechętnie jedzie na daleką, kurpiowską prowincję, by uczestniczyć w pogrzebie i wesprzeć przechodzącą żałobę matkę.
Relacje tych trzech kobiet były zawsze skomplikowane, codzienny chłód przechodził w serdeczność tylko od wielkiego święta. Żadnej nie było łatwo. Babcia Krystyna przeprowadziła się z rodzinnej wsi do innego regionu Polski, by towarzyszyć mężowi w jego nowej pracy. Nie znalazła szczęścia ani w życiu rodzinnym, ani w zawodowym. Jej córka Marta poszła w ślady matki i zamieszkała wraz z mężem w kwaterze przydzielonej mu jako wojskowemu. Z upływem lat coraz więcej czasu spędzali na kłótniach o inne kobiety. Basia najlepiej wspomina ze swojego dzieciństwa wspólne wyprawy z ojcem do lekarza, ale na tym jej radosne wspomnienia się kończą.
W spadku po Krystynie Basia dostaje bursztynowe korale, które lubiła zakładać jako dziewczynka. Podarunek bardziej ciąży niż sprawia radość, bo gdzie warszawiance pasowałaby taka ozdoba?
Unikalne głosy
„Matczyzna” już tytułem sugeruje, że czytelnik będzie miał okazję obcować z piękną polszczyzną. Szybko tę niewypowiedzianą obietnicę spełnia. Autorka sprawnie posługuje się dialektami i każdej bohaterek daje własny, unikalny głos. Postacie opisane w tej powieści potrafią wyrażać się obrazowo, precyzyjnie i oryginalnie, nie zanudzają czytelnika tym, co przeczytał i usłyszał gdzie indziej.
Dodatkową zaletą jest brak zdrobnień. „Ludzi używających zdrobnień wrzucałabym do dołu z gaszonym wapnem” – myśli w jednej ze scen Basia, gdy podczas randki amant nie szczędzi jej takich słów, jak „kawusia” i „mleczko”. Małgorzata Żebrowska zapewne by się z nią zgodziła, bo ani razu nie torturuje czytelnika zinfantylizowanymi wyrażeniami.
Niełatwo jest mówić o codziennych krzywdach, szczególnie tych wyrządzonych przez zaniedbanie i brak obecności. Są szczególnie bolesne właśnie dlatego, że krzywdziciel nie ubiera ich w definicje. Mąż, który nie uprzedza o długim spóźnieniu z pracy, złości się, że to „nic takiego”. Rodzic zostawiający kilkulatkę samą w domu, upiera się wierzyć w jej niezwykłą samodzielność.
Autorka znajduje odpowiednie słowa do opisania rodzinnych traum. Nie ma w nich patosu ani przesady. Tak samo, jak codzienne krzywdy, są tak subtelne, że aż można je w historii przegapić.

Odległość jabłka od jabłoni
Ta powieść opowiada przede wszystkim o losach kobiet. Choć Krystynę, Martę i Basię, wiele różni, to cechuje je podobna odwaga i ciekawość życia. Nie obawiają się ruszyć w nieznane, szczególnie, gdy chodzi o miłość. Potrafią przenieść się do zupełnie nowego środowiska i odnaleźć tam własne miejsce. Zapewne tylko Basia zgodziłaby się, że pasuje do niej termin „kobiety niezależnej”, bo w czasach Krystyny i Marty, nawet jeśli ktoś się takim pojęciem posługiwał, to tylko w negatywnym znaczeniu.
Jednocześnie wybory dwóch pierwszych kobiet są bardzo związane z życiem i wyborami ich partnerów. Krystyna i Marta wydeptują swoje ścieżki obok traktów, którymi podążają ich mężowie. Alternatywa zdaje się nie istnieć. Choć nie mają tego świadomości, wpadają w podobne schematy zachowań.
Po pogrzebie Krystyny Basia zyskuje niezwykły wgląd w historie swoich przodkiń. Ni to we śnie, ni na jawie, przez kilka chwil może je obserwować. Czy pomoże jej to zyskać lepszy ogląd własnej sytuacji i podejmować dojrzalsze wybory? Warto sięgnąć po „Matczyznę” i się przekonać.
Małgorzata Żebrowska, „Matczyzna”, Wydawnictwo Prószyński i S-ka