Lekka komedia romantyczna, która skłania do uśmiechu, choć czasem trąci myszką. Tytuł „Puknij się w aureolę” zwiastuje sprytne rozwiązania fabularne i giętki język, a treść spełnia oczekiwania.
Tekst: Sylwia Skorstad

Maja, mieszkająca na prowincji w Wielkopolsce roztrzepana nauczycielka około trzydziestki, nie ma:
– czasu na smucenie się,
– cierpliwości,
– partnera,
– sprawnego zmysłu organizacji,
– planów na to, co typowa babcia nazwałaby „ustabilizowaniem się”.
Ma za to przyjaciół, prawo jazdy (kompletnie podarte), psa (na spółkę z nietypową babcią), szalone pomysły i dwóch aniołów stróżów. O tych ostatnich nic nie wie i to raczej dobrze, bo mogłaby się wkurzyć, że próbują meblować jej życie. Cassiell i Asadiel, kiedy trzeba, stawiają jej przeszkody na drogach prowadzących na manowce albo popychają tam, gdzie czeka coś dobrego.
Pewnego dnia Maja zostaje zatrzymana przez policję za drobne wykroczenie. Zamiast dać mandat, starszy z funkcjonariuszy składa jej propozycję trudną do odrzucenia – wyjście na lokalny bal maskowy z jego młodszym kolegą, który nie ma nikogo do pary. Choć niechętnie, Maja zgadza się na tę propozycję. Jej duchowi opiekunowie mają się z czego cieszyć, bo właśnie tego sobie dla niej życzyli.
Z aureolą na bakier
Czy można puknąć się w aureolę? Pewnie tak, tym bardziej, że powieściowe anioły stróże są mniej święte od tych z typowych wyobrażeń ludowych i zdaje się, że swoje aureole noszą na bakier.
Pomysłowy tytuł powieści zwiastuje pomysłowe rozwiązania fabularne i giętki język, a treść spełnia oczekiwania. Literacki debiut Moniki Tarwid to sympatyczna powieść, która często skłania do uśmiechu. Nie ma w niej prawdziwie czarnych charakterów, przykrych emocji ani wielkich życiowych tragedii. Nawet gdy bohaterce przytrafi się burzliwa pogoda albo bolesna przygoda, to w jakimś celu. Z kłopotów i niezręcznych sytuacji zawsze da się wyjść, jeśli ma się w sercu maj i nadzieję na lepsze jutro. „Puknij się w aureolę” ma dużo radosnej energii i tak samo jak główna bohaterka, wywołuje pozytywne nastawienie. I to pomimo faktu, że wizja aniołów, które co chwila włażą z butami w czyjeś losy, bo coś jest z góry zapisane, bywa dla niektórych z zasady przygnębiająca.
Jednocześnie to powieść trochę staroświecka. Bohaterowi będącemu singlem aniołowie przypalają jajecznicę, aby mężczyzna nabrał ochoty do poszukania partnerki. Również jego matka namawia go na związek z „porządną dziewczyną” umieszczając to w kontekście gotowania. Niektórym kobietom w tej książce zdarza się „świecić dekoltem”, co u wybranych męskich bohaterów budzi niesmak. Kiedy mężczyzna chce powiedzieć, że kobieta jest odważna, to używa zwrotu ze słownika trącącego mocno dziaderstwem, czyli „ma dziewczyna jaja”.

Miłość i inne piękne sentymenty
„Puknij się w aureolę” to jedna z tych książek, przy których można odpocząć. Głównych bohaterów da się szybko polubić i razem z nimi wybierać w plener, podejmować decyzje, albo śmiać się z wpadek (cudzych lub własnych). Opowiada głównie o miłości i zauroczeniu, ale też o relacjach rodzinnych, przywiązaniu do rodzinnych stron oraz emocjonalnym dojrzewaniu. Można w niej wyczuć ciepły i wzruszający sentyment wobec znanych z dzieciństwa okolic, bo Monika Tarwid miejscem akcji uczyniła gminy bliskie swojemu sercu. W powieści ujmują też pełne autentycznej sympatii związki międzypokoleniowe. Na przykład scena, w której babcia i wnuczka radzą sobie z gadatliwą sąsiadką przy pomocy domowej nalewki, to samo złoto.
Jeśli nie przeszkadza ci wizja rzeczywistości, w której los człowieka jest w pewnym stopniu zdeterminowany przez siły wyższe, możesz się przy lekturze tej książki dobrze bawić.
Monika Tarwid, „Puknij się w aureolę”, Wydawnictwo Brda