Kilka dni temu ukazała się jej nowa płyta, „Cud”. A dziś Karolina Czarnecka opowiada nam o swoim stosunku do korzeni, poszukiwaniu nowej duchowości i o tym, że chciała zrobić wesołą płytę, ale nie wyszło.

Rozmawiała: Joanna Zaguła

Zdjęcia: Kuba Dąbrowski

Przygotowując pytania do tej rozmowy doszłam do wniosku, że będę się wobec ciebie zachowywać jak ankieter spisu powszechnego – pytać o takie tematy, jak wiek, płeć, pochodzenie. Bo są chyba w Twojej twórczości bardzo ważne. Weźmy choćby gatunek, który tworzysz na nowej płycie. Nazywasz go folkorapem. Skąd ten folk?

Śpiew, który tam się pojawia to nie jest typowy biały śpiew, tylko już przetworzony przeze mnie. Ale kiedyś, dawno temu uczyłam się takiej formy śpiewu, bo bardzo mnie fascynowała. Sięgam po motywy podlaskie z wielu powodów. To przede wszystkim dlatego, że jestem słoikiem (czy raczej słoiczką). Mieszam w Warszawie już jakieś 7 lat, a jednocześnie mam silne poczucie, że moje korzenie są gdzie indziej. W kontekście wszystkich wydarzeń, które miały miejsce ostatnio na Podlasiu, zaczęłam myśleć o tym, że to miejsce, z którego pochodzę maluje się w oczach Polski, a nawet świata w bardzo ciemnych barwach. A to tylko urywek, cząstka rzeczywistości, a nie cała prawda. Miałam ochotę zgłębienia tego. Pomyślałam, że wykonam porządną pracę badawczą.

Co robiłaś?

Rozpoczęłam poszukiwania. Pomogli mi w nich świetni ludzie. Na przykład Julita Charytoniuk, która śpiewa w białostockim zespole Południce czy znawca dawnych pieśni, Marcin Lićwinko. Trafiłam też na wspaniałe książki i zbiory, które normalnie nie są rozpowszechniane. Pisałam do PAN-u, do Muzeum Etnograficznego. Okazało się, że Polska Akademia Nauk wydała takie 5-tomowe zbiory pieśni podlaskich. Udało mi się do nich dotrzeć i zaczęłam je wertować. A wtedy okazało się, że to jednak bardzo konserwatywny i patriarchalny świat. 

Jak to godzisz z tym, że śpiewasz o wyzwolonych dziewczynach?

Te pieśni śpiewane przez kobiety mają w sobie jednak bardzo dużo treści nieoczywistych dla tego świata. Mówią o niechcianych ciążach, bywają mocno erotyczne. Kobiety były nośnikami tych utworów. Dlatego istnieje mnóstwo wersji jednej piosenki, bo wystarczyło, że jedna z nich coś zmieniła i zaczynała śpiewać ją po swojemu.

Ty też je śpiewasz po swojemu.

Tak, to mnie ośmieliło. Ja niektórym tym piosenkom zupełnie zmieniam znaczenie. Jest na płycie taki utwór „Śpiącego wilczka ze snu zbudziła”. Ja to od razu połączyłam swoimi kodami. Dla mnie to „biegnąca z wilkami”, dziewczyna, która budzi w sobie moc. A chodziło o to, że budząc wilczka, ta dziewczyna straciła prawdopodobnie gdzieś za krzaczkiem dziewictwo. W takich interpretacjach bardzo mi pomogła moja siostra, która siedzi w tych tematach. Nie wstydziłam się do niej dzwonić i powiedzieć: „Weź mi pomóż, bo ja zupełnie nie kumam, o co tu chodzi”.

Śpiewasz o Podlasiu, ale mieszkasz w Warszawie. 

Płyta powstawała głównie w Warszawie, ale czasem jeździłam na wieś, gdzie się zaszywałam i pisałam. Spoglądałam z perspektywy Warszawy na Podlasie i z Podlasia na Warszawę. Usłyszałam, że przez ten materiał przebija silne uczucie samotności. Myślę, że stąd ta moja potrzeba konfrontacji z korzeniami. Warszawa to świetne miasto, gdzie wciąż poznaję mnóstwo wspaniałych osób. Ale to też miasto pośpiechu i pędu. Staram się zbudować tu swój dom. I staram się przede wszystkim budować go w sobie.

Jak to zrobić?

Jest możliwość przeniesienia tych wiejskich rytuałów z kiedyś na dziś. Znam dziewczyny, które wciąż się spotykają, by wspólnie śpiewać pieśni. Ale mam też swoje własne rytuały. Nawet jeśli to jest tylko wypicie rano ciepłej wody z cytryną. Bardzo tego potrzebuję, bo to buduje jakąś stałość w moim bardzo nieregularnym trybie życia. Dużo podróżuję, koncertuję, mam zdjęcia na planie. A takie rytuały dla siebie i związane z innymi ludźmi są dla mnie bardzo ważne. Moje trzydzieste urodziny obchodziłam chyba tydzień, ze wszystkimi ważnymi dla mnie osobami. Taka celebracja codzienności.

Ważna dla tego albumu jest cyfra 30. To tytuł jednej z piosenek, która mówi o 30. urodzinach wolnej Polski. To też twój wiek. Czy to wiek, w którym zaczyna cię bardziej obchodzić tak zwane społeczeństwo i to, co się z nami dzieje?

Żyjemy w takich czasach, że wszystko jest czarne albo białe, jesteśmy bardzo podzieleni. A ja miałam potrzebę znalezienia takiego środka. Śpiewam o poszukiwaniu swojego miejsca, nowej, współczesnej duchowości. Chcę uwierzyć we wspólnotę, mam potrzebę odnalezienia nowych rytuałów.

Myślę sobie, że tak jak te dziewczyny dawniej śpiewające te pieśni w swoich kręgach mogły tam robić coś na swoich zasadach, tak ty na swoich zasadach tworzysz coś nowego. Bo przecież twój folkorap nie jest jak zespół pieśni i tańca Mazowsze, ale też jesteś zupełnie inna niż polskie środowisko hip-hopowe. 

Nie chcę udawać, że jestem raperką. Czuję, że jestem z podwórka, ale moje podwórko to Podlasie. Moje ziomy to są łąki i lasy. Nie chcę się porównywać z polskim rapem. Zrobiłam to z zajawy, z potrzeby serca. 

 

To w ogóle w twojej karierze taki moment, w którym wkraczasz do trochę wyższej ligi, skoro wydaje cię tak duża wytwórnia, jak Kayax?

Jasne, ja robię muzykę po to, żeby ludzie jej słuchali, więc cieszy mnie to, jeśli jest ich więcej. Ale nie zgadzam się z tym, że, aby żyć z muzyki, trzeba obniżyć swój poziom artystyczny. Ja to sprawdzam. Czekam na recenzje. Pierwsze są pozytywne, ale dla niektórych ta płyta to może być trudna. 

Wierzysz w to, że Polska może „uwierzyć w miłość”?

Chciałabym. Usłyszałam od bliskiej osoby taką opinię, że ta płyta jest mroczna. Bałam się tego, bo tworzyłam ją z myślą o takich pozytywnych kawałkach. W ogóle to chciałam zrobić taką wesołą, energetyczną płytę. Cóż, chyba nie wyszło. Bo już w trakcie jej powstawania nie hamowałam się, niczego sobie nie narzucałam.

Ale na pierwszym koncercie, który niedawno graliśmy, wydarzyło się coś pięknego. Byłam po nim bardzo zmęczona, bo to wymagający materiał, ale ludzie zareagowali mega pozytywnie, wytworzyło się tyle ciepła! Zrozumiałam wtedy raperów i to, dlaczego często śpiewają z offu albo z pomocą hypemanów. Bo to jest strasznie męczące, żeby jednocześnie śpiewać i to w taki wymagający sposób i do tego jeszcze skakać. Na tym koncercie – jak się okazało – wnieśliśmy bardzo dobry vibe. Współwłaścicielka klubu powiedziała, że podprogowo, pod tą rytmiczną elektroniczną muzyki przemycam jakiś przekaz i bardzo smutne słowa. A ja czuję, że jestem na dobrej drodze. Na takiej, na której powinnam być.

No Comments Yet

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.