„Zatruta krew”, nowa powieść Marty Reich z serii true crime „Tajemnice zbrodni”, czyli opowieści inspirowanych prawdziwymi zbrodniami z przeszłości, daje okazję, by zadać pytanie, czy i kiedy fabularyzowanie tragedii ma sens.

Tekst: Sylwia Skorstad

fot: Pixabay

Kilka dni przed Bożym Narodzeniem na pogotowie dzwoni Bartek Zając, doświadczony ratownik medyczny. Twierdzi, że obudził się obok martwej żony. Choć Małgorzata była zdrową kobietą w średnim wieku, mąż nie godzi się na wykonanie sekcji zwłok w celu poznania przyczyny jej niespodziewanej śmierci. Zdaje się być wręcz oburzony decyzją lekarki rekomendującej zbadanie, co doprowadziło do zgonu. Co jeszcze dziwniejsze, upiera się przy kremacji i jak najszybszym zorganizowaniu pogrzebu i to wbrew woli innych bliskich kobiety.

W naturalną śmierć Małgorzaty Zając nie wierzą lekarka i prokurator, ale oboje są młodzi, pozbawieni doświadczenia i siły przebicia. Śledztwo toczy się ślamazarnie, a w tym czasie Bartek Zając używa życia, nawiązuje kolejne romanse i wydaje pieniądze pożyczone z banku.

Na co komu true crime?

Opowieści o prawdziwych zbrodniach cieszyły się i będą się cieszyć popularnością. Aby czuć się bezpiecznie wśród sąsiadów, znajomych i w przestrzeni publicznej, chcemy zrozumieć, co popycha ludzi do popełnienia zbrodni. Jakie są mechanizmy psychologiczne, które skłaniają pozornie miłych mężczyzn albo na pierwszy rzut oka empatyczne kobiety do skrzywdzenia kogoś? Czy można coś takiego przewidzieć? Jakimi środkami dysponuje wymiar sprawiedliwości, aby udowodnić i ukarać winnych? Próby znalezienia odpowiedzi na takie pytania mogą wynikać z racjonalnych przesłanek. Są takie książki, filmy i programy dokumentalne o zbrodniach, które pomagają znaleźć odpowiedzi i przekazują zainteresowanym nową wiedzę. „Zatruta krew” do nich nie należy.

Nowa powieść Marty Reich jest sztampowa i płytka. Kuleją dialogi, miejscami są wręcz groteskowo nienaturalne. „Wszystko, co było do powiedzenia, przekazałem już Monice. Nie mam nic do dodania. A teraz przepraszam, ale muszę kończyć. W nocy zmarła moja ukochana żona. Nie mam czasu na rozmowy, które do niczego nie prowadzą” – mówi w pierwszej rozmowie z rodzicami zmarłej Bartek.

Zrób teraz, czytelniku, eksperyment i pomyśl o kimś wyjątkowo bliskim. Ile razy w codziennych rozmowach z osobami trzecimi nazywasz ją „ukochanym mężem/bratem/ojcem”? Zapewne wyjątkowo rzadko. Jeśli ci się zdarzyło, to raczej na początku relacji i zwykle z konkretnego powodu. Można by pomyśleć, że ten sztywny ton bohatera jest celowym zabiegiem mającym oddać jego chłód emocjonalny, gdyby nie fakt, że on używa podobnych zwrotów wielokrotnie, a każdy dialog brzmi sztucznie. Bohaterowie raz mówią nienaturalnie luzacko, a innym razem jakby czytali z kartki na pogrzebie wujka. „Uwierzą mnie, a nie tobie, stary, bo ty wyglądasz jak bandzior, a ja wykonuję zawód zaufania społecznego” – peroruje Bartek do przypadkowego osiłka, z którym kłóci się w barze. Czy taki tekst nie sprowokowałby agresywnego adwersarza raczej do wybuchu śmiechu niż oddania pola?

True crime a kwestie etyczne

„Zatruta krew” nie odpowiada na dodatkowe pytania, jakie zwykle stawia sobie wnikliwy fan opowieści o prawdziwych zbrodniach. Nie pogłębia historii, nie przedstawia skomplikowanej natury prawdziwych mechanizmów psychologicznych. Pomija wszystkie światłocienie, a bohaterów tej historii portretuje kreską tak grubą, że niekiedy bardziej przypomina karykaturę niż prawdziwą próbę zmierzenia się z rodzinną tragedią.

Gdzieś daleko za tymi wydarzeniami kryje się bowiem autentyczny dramat. Historia opisana w powieści jest inspirowana prawdziwymi wydarzeniami. W posłowiu autorka wyjaśnia, o którą zbrodnię chodzi. Zmieniła imiona, część szczegółów oraz chronologię, reszta zaś jest produktem wyobrażeń na temat wydarzeń, jakie zaszły między autentycznymi, a nie papierowymi ludźmi. Czy takiego właśnie, opartego na artykułach prasowych i podcastach, opisu, życzyłaby sobie rodzina ofiary? Czy ktoś z nimi porozmawiał i zapytał o zdanie? Nie wiem. Wiem natomiast, że sama nie życzyłabym sobie, aby ktoś robił coś takiego moim bliskim lub mnie bez mojej zgody i wglądu. Nieważne, czy byłabym związana z ofiarą czy zbrodniarzem, nie chciałabym, aby ktoś zapełniał kartki ckliwymi, schematycznymi wyobrażeniami na temat ich życia rodzinnego, wzajemnych stosunków i emocji. Mam poważne wątpliwości, czy zaprezentowanie ofiary zbrodni jako anielsko naiwnej, nieustająco ślepo zakochanej i nieświadomej niczego jest właściwym wyrazem okazania jej szacunku. Czy rozpoznałaby siebie w tym nieautoryzowanym i nieporadnym portrecie? Nie mam co do tego przekonania.

Ktoś być może powie, że takie znane z prasy brukowej relacje to teraz część naszej rzeczywistości. Pytanie, czy właśnie za to chcemy płacić i na to poświęcić swój czas.

„Zatruta krew”, Marta Reich, Wydawnictwo Prószyński i S-ka

 

 

 

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.