Youth Novels to duet marzycieli – Ani Babrakowskiej i Emila Nowaka – którzy swoją wrażliwość przelewają na dźwięki. W ich muzyce jest dużo światła, przestrzeni i charakterystycznej melancholii. Dziś ukazała się debiutancka płyta zespołu „Kamakura”.

Rozmawia: Julia Staręga 

Youth Novels
fot_Dawid Stube

Julia Staręga: Aniu, Emilu, w branży muzycznej jako Youth Novels jesteście obecni już dziesięć lat. Przybliżcie proszę, jak rozpoczęła się wasza muzyczna droga? Widziałam, że początkowo publikowaliście pierwsze covery i autorskie utwory na YouTube.

Ania: Zaczęliśmy stawiać pierwsze muzyczne kroki w 2015 roku, grając koncerty i publikując utwory w sieci, więc nasza droga trwa prawie 11 lat. Debiutowaliśmy w 2016 roku epką „I used to wreck it all”. Drugą, zatytułowaną „Chaos I Create”, wydaliśmy rok później. EPka „Blue” pojawiła się nieco później, bo w 2022 roku. Z Emilem znamy się jeszcze z czasów szkolnych, gdy mieliśmy po 16 lat i dopiero odkrywaliśmy muzykę. Ta przyjaźń szczęśliwie trwa do dziś. „Marionette” był pierwszym autorskim utworem, który opublikowaliśmy po przygodzie z coverami, nagraliśmy go w wakacje w 2015 roku. Ten rok był dla nas przełomowy, w listopadzie zagraliśmy pierwszy koncert w Poznaniu, a później stopniowo się rozkręcaliśmy. Mimo że nadal uczyliśmy się, w jaki sposób się w tym poruszać, odważnie płynęliśmy z prądem. Wiosną zagraliśmy na Spring Break’u, a w wakacje na festiwalu Open’er. Nasze młodzieńcze marzenia o karierze muzycznej zaczęły się powoli urzeczywistniać.

Emil: Tak. Przełom lat 2015 i 2016 był momentem, w którym na poważnie stwierdziliśmy, że chcemy pokazywać światu naszą twórczość i wyrazić w niej siebie.

Julia: Na samym początku tekstowo wspierał was Sebastian Romanowski. Jak to wygląda obecnie?

Ania: Sebastian kiedyś podesłał mi swoje teksty, które pisał do szuflady. Gdy usłyszał nasze covery, zaproponował: „Aniu, może zaśpiewasz to, co napisałem?”. Na początku robiłam to trochę potajemnie, bo nie byłam na tyle odważna, by wypuszczać swoje piosenki. Później razem z Emilem usiedliśmy do tych tekstów i we współpracy z Sebastianem powstała pierwsza epka „I Used To Wreck It All”. On napisał teksty na tę płytę, my muzykę. Ta epka nas zdecydowanie ośmieliła i zaczęliśmy pisać samodzielnie, w ten sposób powstał utwór „Shelter”, który znajduje się na drugiej epce „Chaos I Create”. Od tego czasu, zarówno nad tekstami, jak i kompozycjami, pracujemy z Emilem wspólnie. Dzięki temu nasze utwory są autentyczne. Dzielimy się w nich osobistymi, realnymi doświadczeniami, a więc w efekcie bardziej je czujemy, co udziela się również odbiorcom.

Julia: Zaciekawiła mnie również nazwa zespołu, którą zaczerpnęliście z płyty Lykke Li. Wasza twórczość to młodzieńcze opowieści o kim i o czym?

Emil: Historia kryjąca się za nazwą wywodzi się z intensywnych poszukiwań tego, co odda nasz nastrój. Ania podesłała mi wieczorem pomysł i mieliśmy poczucie, że określenie „Youth Novels” bardzo rezonuje z nami i naszym wewnętrznym, emocjonalnym światem.

Ania: Tak. Mimo upływu czasu ta nazwa jest aktualna. Myślę, że z biegiem lat to się nie zmieni. W tekstach staramy się zawrzeć nasze obserwacje codzienności. Inspiruje nas to, co dzieje się w nas samych, wokół nas, ale też inni artyści i podróże. Na przykład płyta „Kamakura” powstawała w czasie, w którym dużo jeździliśmy po świecie i szukaliśmy własnej drogi. Miejsca, które odwiedziliśmy, wytyczyły nam artystyczny kierunek, którym chcielibyśmy podążać. Jesteśmy bardzo emocjonalni i dużo rzeczy przeżywamy bardzo głęboko. Jak wspomniał Emil, mamy bogaty świat wewnętrzny, który potrzebujemy uzewnętrzniać. Dlatego nasze piosenki zawsze były i są o tym, co bliskie naszemu sercu.

Julia: Otworzyły nam się dwa wątki, które chciałabym rozwinąć. Jeden dotyczący waszej najnowszej płyty, a drugi – bogatego świata wewnętrznego, o którym wspomnieliście. Jest widoczny nie tylko w tekstach, ale przede wszystkim w muzyce, która, wierzę, że gdyby miała płuca, to by oddychała. Kwestia produkcji jest dla was ważna?

Emil: Tak. Zależy nam na oddechu i przestrzeni w warstwie instrumentalnej. Ona daje pole do szerokiej, swobodnej interpretacji. Zostawiamy w brzmieniu sporo nieoczywistych momentów i smaczków, by każdy odbiorca mógł się w nich zanurzyć i pomarzyć. Nie chcemy wypełniać naszych utworów po brzegi, bo i tak na co dzień jesteśmy zalewani wieloma bodźcami. W muzyce, w której aranżacyjnie dużo się dzieje, łatwo przesadzić, a głośniej nie znaczy lepiej. Gdy tych elementów jest niewiele i są ze sobą spójne, często okazuje się, że możemy pozwolić sobie na małe eksperymenty i zabawę dynamiką brzmienia. I tak na przykład pogłosy pozwalają wybrzmieć niektórym dźwiękom. Poprzez produkcję, mix i mastering staramy się, żeby muzyka była odpowiednia na każdym poziomie, kojąca i przytulająca.

Ania: Wydaje mi się, że minimalizm w muzyce, tekstach, i w oprawie wizualnej to wyróżniki, które są nami od początku. Z Emilem odnajdujemy balans w ciszy. Ktoś napisał na YouTube pod jednym z utworów komentarz, że nasze piosenki to idealny balans pomiędzy ciszą a dźwiękiem. Wydaje mi się, że to idealne określenie. Ja wolę dodawać, a Emil odejmować i wspólnie znajdujemy takie rozwiązania, które pozwalają nam przekazać emocje za pomocą oszczędnych środków. Na przykład wokale na tym albumie są bardzo bliskie – tak, jakbym stała twarzą w twarz ze słuchaczem i śpiewała wprost do niego.

Julia: Na najnowszym albumie pod względem mixu i masteringu wspierał was Chris Allen. Jak zaczęła się wasza współpraca?

Emil: Pomagał nam też Hubert Pilarski, z którym produkowaliśmy całą płytę. Mix i master to bardzo ważne elementy produkcji, bo mogą dużo wnieść do utworu, ale też dużo z niego zabrać. Całe szczęście działanie z Chrisem najczęściej polega na tym, że zostawiamy klimat piosenki, którą mu dostarczyliśmy, albo dodajemy coś do niej na plus. A jak się udało nawiązać z nim współpracę? Tak naprawdę to było bardzo proste, po prostu do niego napisaliśmy (śmiech). Chris był na wakacjach i dzień później odpisał, że po powrocie chętnie się zajmie utworem.

Ania: Emil szukał osoby do mixu i masteringu pod kątem tego, jak brzmią nasi ulubieni artyści. Na zasadzie inspiracji patrzył na creditsy na płytach, między innymi u RY X i tam znalazł Chrisa. Wcześniej proces mixu był bardzo złożony, długi i nie mogliśmy osiągnąć efektu, na którym nam zależało. A Chris oddaje nasze brzmienie w pełni. Kontynuujemy z nim współpracę od 2021, bo jest człowiekiem, który czuje naszą muzykę. Doszliśmy do etapu, w którym piosenki brzmią tak, jak sobie wymarzyliśmy.

Julia: Do tej pory wydaliście, trzy epki, natomiast na pierwszy długogrający album słuchacze musieli poczekać cztery lata. Dlaczego trwało to tak długo?

Emil: Tak działamy z Anią – bardziej słuchamy siebie i tego, co tworzymy, myślimy nad tym. To wynika z naszej wrażliwości. W ostatnim czasie skupiliśmy się na tym, by nie przyspieszać różnych procesów. Utwory na „Kamakurę” powstawały tak długo, ponieważ czuliśmy, że potrzebujemy tego czasu. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, że płyta ukazała się właśnie teraz.

Ania: Wydaje mi się, że u wielu artystów pierwszy album długogrający powstaje przez większą część życia i podobnie było u nas. Te utwory powstawały dwa-trzy lata. Trochę leżakowały, dojrzewały, czasem coś w nich zmienialiśmy. Dzięki temu mieliśmy szansę zająć się nimi w odpowiedni sposób. Później doszedł etap produkcji – początkowo w domowym studio, dopiero później, po raz pierwszy, w takim z prawdziwego zdarzenia. Pomagał nam w tym Hubert Pilarski, który grał z nami koncerty i znał naszą muzykę. To było magiczne, zupełnie inaczej podeszliśmy do nagrywania.

Julia: Czy utwory na „Kamakurę” powstawały w czasie, w którym nagrywaliście poprzednie epki?

Emil: Pierwsze teksty pochodzą sprzed czterech lub pięciu lat. Inne utwory, gdy nie widzieliśmy, co z nimi zrobić, odkładaliśmy i nowe pomysły wskakiwały nam do głowy – szczególnie na etapie produkcyjnym. Większość kompozycji napisaliśmy od razu, nad innymi pracowaliśmy po trzy-cztery dni. Każdy z 11 utworów na płycie opowiada trochę inną historię, ale wszystkie tworzą całość, która koncepcyjnie nam bardzo pasuje.

Ania: Tak. Są smutne ballady, są piosenki energiczne, ale też klasyczne dla Youth Novels – bardzo proste, z okrojonym instrumentarium. Każdy utwór składa się na historię o poszukiwaniu własnej drogi i o godzeniu się ze stratą na różnych płaszczyznach. Pierwszym utworem, który wyznaczył nam kierunek płyty, jest otwierający ją „Gone now”. Napisaliśmy go w dwa-trzy dni i w takiej wersji pojawił się na albumie. Później dorzuciliśmy tylko kwartet smyczkowy. Z Emilem mieliśmy poczucie, że „to jest to”. To piosenka płynąca, przestrzenna, jest w niej dużo światła, naszej melancholii, ale też wolności i nadziei.

Julia: Wspomnieliście o bliskich wam podróżach. Tytuł debiutanckiej płyty zaczerpnęliście z nazwy historycznej stolicy Japonii. Opowiedzcie proszę o tym więcej.

Ania: Kamakura to japońskie miasto, które zwiedziłam. Byłam w wielu miejsach: w lasach bambusowych, na plaży, na wzgórzach, w puszczy, w świątyniach. Szczególnie mocno czułam ducha Japonii, jej historia mnie niosła i stała się moją główną inspiracją. Po moim powrocie Emil dostał magnes z wielkim Buddą, który znajduje się w Kamakurze. Pewnego dnia siedział przy pianinie, grał, powstała melodia brzmiąca nieco japońsko i pojawiło się pytanie: „Dlaczego nie Kamakura?”. Tak zatytułowaliśmy singiel i płytę.

Emil: Ta historia pokazuje, jak płynnie przebiegała praca nad tym albumem. Historia z Kamakurą jest moją ulubioną. Gdy Ania wróciła z Japonii, spotkaliśmy się na robienie utworu, mieliśmy przygotowany przypadkowy tekst, który nie mówił o Kamakurze, ale melodia była osadzona w skali brzmiącej japońsko – tak, jakbyś grała na samych czarnych klawiszach na pianinie. To był impuls – tu magnes, tam pianino i piękne historie – musieliśmy to wykorzystać. Chwytaliśmy te momenty i czerpaliśmy z procesu twórczego pełnymi garściami.

Julia: Jak miejsca, które odwiedziliście wpłynęły na kształt płyty: tekstowo i muzycznie? Poza Japonią byliście na Islandii, w Grecji i Włoszech.

Ania: Ostatni utwór na albumie, „Far Away”, rozpoczyna się dźwiękami Emila spacerującego po kamieniach na czarnej, islandzkiej plaży. W jednym z utworów pojawia się głos japońskiego przewodnika, który opowiadał o górze Nikko. Z kolei w „Domino” jako ostatnie wybrzmiewa wyśpiewane z daleka zdanie „Love is always cruel”. To tekst, który znalazłam na muralu we Włoszech w miasteczku Macerata i złapał mnie za serce.

Julia: Pozostając w temacie okrutnej miłości, w „Where do we go” śpiewasz Aniu, że nadal jesteś zakochana, ale dziś stajesz się silniejsza i idziesz dalej.

Ania: Czasem się kogoś kocha, ale trzeba dać mu odejść – właśnie z tej miłości do niego. Niby to tekst, który jest dosyć cliche, ale czasem trzeba coś odpuścić, żeby później pojawiło się coś piękniejszego. O ile „Where do we go” jest o stracie, o tyle „Far Away” opowiada o procesie godzenia się i pozwala odnaleźć błogość, spokój, o których potrzebowałam zaśpiewać. Cieszę się, że właśnie te utwory trafiły na ten album i że moje przeżycia przełożyły się na muzykę.

Julia: Z kolei w „The place” pojawia się wers: „I’ll take you there, even if it’s hidden, the place, where love is not forbidden”. Jakie to dla ciebie miejsce?

Ania: Symboliczne. Przy tym utworze bardzo chciałam, żeby każdy mógł je dopasować do swojej sytuacji. To może być fizyczne miejsce, jak miasto czy kraj, ale też mieszkanie bądź każda inna przestrzeń, w której czujemy się bezpiecznie, w której czujemy się kochani, nieoceniani, rozumiani. Gdy myślę o tym utworze teraz, mam przed oczami moją podróż na Majorkę. Siedziałam nad wodą na skałkach i oglądałam zachód słońca i czułam spokój ducha.

Trochę tak, jakbym w piosenkach przewidywała to, co się wydarzy w przyszłości, ale jeszcze wtedy o tym nie wiedziałam.

Julia: To trochę prorocze.

Ania: To właśnie magia muzyki, że teksty można interpretować pod siebie. W naszym przypadku utwory naprawdę miały ogromną moc. Na albumie chcieliśmy pokazać, że sinusoida emocji jest naturalna – słychać, że zaczyna się dosyć lekko, potem robi się trochę ciężej muzycznie i tekstowo, by można było poczuć ulgę. Dlatego album kończy się słonecznym odpuszczeniem i słowami „And I believe there is still / a light of hope / there is still / I’m going there / to find the light of hope”. Myślę, że słowa mają ogromną moc. Dlatego tym bardziej serdecznie zapraszamy na jutrzejszy premierowy koncert, który zagramy w warszawskiej w przestrzeni Yutori.

 

 

 

 

 

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.